Tury w Chocho – Rakoń przez Grzesia i zjazd do Wyżniej Dol. Chochołowskiej.

Widok z Długiego Upłazu na wschód.

Widok z Długiego Upłazu na wschód.

Dzień, który na długo zostanie mi w pamięci, sama esencja skiturowania. Najpierw Grześ, początkowo nartostradą, potem szlakiem. Próbuję znaleźć wariant który ominie większy kawałek szlaku, ale ładuję się tylko w wąską przecinkę, która nie dość, że szybko stromieje, to jeszcze jest tak zasypana śniegiem, że nawet na nartach trudno nią podchodzić. Tracę tak z pół godziny i masę kcal.

Pogoda idealna, widoczność na kilkadziesiąt kilometrów, więc na Grzesiu robię szereg landszaftów. Potem Długim Upłazem w stronę Rakonia. Kosówki, między którymi pod koniec grudnia prowadziły głębokie korytarze, dzisiaj niemal całkowicie przykryte śniegiem, wystają tylko samotne wierzchołki.

Poruszanie się po takim świeżym śniegu na nartach jest niesamowicie ekonomiczne. Piesi co chwila zapadają w kosówkowe jamy, nawet po pas, by potem gramolić się z nich złorzecząc. Komentarz spod Grzesia: “patrz, idzie po tym śniegu jak elf”. Zakładam, że chodziło właśnie o niezapadanie się, a nie moją wrodzoną grację.

Na Długim Upłazie straszliwy wiatr. Podnosi się śnieżny pył, który czasami formuje się w strumienie, jak płynąca woda. Częściej jednak formuje się w oślepiające chmury, które wnikają w najmniejsze szpary w ubraniu..

Docieram do grzędy parędziesiąt metrów pod Rakoniem, stąd zacznę zjazd do Wyżniej Chochołowskiej. Gdzieś tam na dole mam się dostać do nartostrady /  zielonego szlaku, ale nie wiem dokładnie gdzie, więc będę zmuszony improwizować. Odklejam foki, przepinam buty i wiązania, ruszam w dół. Początkowo nieco asekurancko, ale po chwili dziewiczy puder mnie porywa (metaforycznie, bohu spasit) i zaczynam rysować ładną sinusoidę. Przyjemność z jazdy po takim naturalnym terenie, w świeżym śniegu, jest nie do opisania. Do tego wizualne przeładowanie słodyczą – chabrowo niebieskie niebo, idealnie białe zbocza, czasem troche szarej skały i ciemna zieleń lasu. Z grani podnoszą się pióropusze śniegu, powoli zachodzące słońce rysuje mocne światłocienie.

Grzęda się kończy, więc zjeżdżam na zbocze, lawirując między rzadkimi kosówkami. Potem zaczyna się las i freeride’owe kręcenie między drzewami. Las ciągnie się na tyle długo, że zaczynam martwić się, czy aby nie zgubiłem nartostrady, ale w chwilę potem i ta miga między drzewami. Ktoś tędy dzisiaj podchodził, mam założony ładny ślad.

Zjazd na Polanę Chochołowską to już formalność. Na koniec pozostaje wypić grzane piwo z sokiem imbirowym, które jest najlepszym z możliwych podsumowaniem dzisiejszego dnia.