Wieczory.

Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.

To, co jest kluczowe w tych wieczornych godzinach, to złożone tło dźwiękowe. Jako wielki fan ambientu i jazzu potrafię zagubić się w nim na godziny. Mamy więc obowiązkowe cykady, które tworzą rytmiczne tło dla całej oprawy. Tło nieco free jazzowe, bo rytm jest z lekka zmiennny, choć w zasadzie dający się przewidzieć. Tych cykad są dziesiątki i ani im w głowie granie unisono – rozmaitych warstw, rytmów i wysokości jest multum. Obok cykad mamy większe owady (mam wrażenie, że są to te wielkie, zielone, tropikalne pasikoniki, które potrafią boleśnie ugryźć), które raz na kilka minut wydają dźwięk jak niezbyt szybkie przesuwanie kijkiem po płocie z sztachet. Do tego dochodzą ptaki, które stanowią odrębną, minimalistyczną frakcję – czasem coś zakląska przez chwilę i umilknie, innym razem nawołuje przez wiele minut, wreszcie większe osobniki potrafią nawoływać się kilka razy niezwykle głośno, burząc ogólną harmonię, by nagle zamilknąć nieoczekiwanie, pozostawiając nas w stanie niedosytu, a może nawet lekkiego szoku. Po takim krzyku oczekiwałoby się co najmniej dzikiej walki z chmurami kolorowych piór fruwających wokół… No i wreszcie żaby. Żaby to moje faworyty. Lubię ich kształt, kolor, śliską skórę i psychodeliczne doznania po lizaniu ropuch. Żab mamy tu niewiele, ale ich okazjonalne rechotanie dopełnia bogactwa dźwięków.

Do tego dochodzą pokrzykiwania tajskich sąsiadów z naprzeciwka. Na razie mój tajski jest nonexistent, więc traktuję ich śpiewną komunikację stricte muzycznie.

I gekony. Jedna z moich poznanych niedawno sąsiadek – Australijka nauczająca angielskiego w okolicznej szkole – jako jedną z wad swojego mieszkania podała gekony. WTF? Jeśli żaby to moje faworyty, to w kolejnym wcieleniu z całą pewnością stanę się gekonem. Są urocze, zgrabne, szybkie i potrafią generować niezwykle głośne (ale i niezwykle urocze) nawoływania, jak na tak delikatne ciała. Mój background wspinaczkowy zapewne ma coś wspólnego z tą słabością do gekonów. Do tego dochodzą wspomnienia nigeryjskie, gdzie jedną z moich ulubionych chłopięcych zabaw było łapanie jaszczurek. W Nigerii mieliśmy jaszczurek zdecydowaną nadpodaż. Patent polegał na tym, żeby elastycznym kijkiem zrzucić jaszczurkę ze ściany, a następnie szybko złapać, by dokonać bliższej inwestygacji. Nie robiłem im przy tym krzywdy, choć czasem jakiś ogon padł ofiarą takiego polowania – mam nadzieję, że ta zła karma już jakoś się zneutralizowałą. Albo że przynajmniej została zrównoważona bezkresną sympatią do gekonów.

Początkowo zaczynałem te wieczory z Billem Evansem, Theloniusem Monkiem, czasem Milesem, czy Keithem Jarretem.
Szybko straciłem tę potrzebę – obydwa światy mają swoje miejsce, ale mieszają się źle.

Ach, i kategoria poza kategoriami – deszcz. O południowo i południowo-wschodnich azjatyckich deszczach można pisać książki. Monsunowe opady to pewne fenomeny, które trzeba przeżyć, jak choćby ten w Dhace:

Zaczyna padać, potem lać, potem kończy się skala – w gazetach kolejnego dnia pisać będą o “torrential downpur”. Wody jest tyle, że cały ruch zamiera na dobre kilkanaście minut. Ruch. W Dace. Zamiera. Brak mi porównania, ale to nie zdarza się często. Przez strumienie wody nie widać samochodów stojących kilka metrów dalej, po ulicach płyną kilkunastocentymetrowej głębokości strumienie, samochody miejscami zanurzone są po zderzaki.
[…] Kiedy wieczorem idę do pobliskiego sklepu po wodę i podstawowe kosmetyki, brodzę w wodzie do połowy łydki, czasem po kolana. Wygląda ma to, że Bangladesz przywitał mnie deszczem stulecia.

I jeszcze ten wrześniowy downpour, kiedy to Boudhanath w Kathmandu płynęła strumieniami deszczu – gdzieś to mam opisane, ale nie mogę znaleźć chwilowo.

Dość powiedzieć, że temat monsunu jest złożony – nawet The Economist poświęca jej osobne artykuły – i niezwykle ważny. Plony, i co za tym idzie – życie – setek milionów ludzi są od niego uzależnione.

Z mojej strony analiza stricte estetyczna – kiedy zaczyna się tutaj deszcz, wszystko inne milknie. Początkowo mamy nieśmiałe stukanie, które z czasem rozkręca się w pełną, mokrą ofensywę. Wielkie krople uderzają w liście bananowców, z dachu płyną strugi wody, wokół domu tworzą się ad hoc strumienie. Dzwiękowo buduje to strukturę tak żłożoną, że potrafi całkowicie zająć umysł, wyciszyć do zera, zredukować do tu i teraz. Deszcze są ważne.

Leave a Reply