Deszcze i jackfruity.

Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.

Ostatecznie, po całym dniu męczarni, stało się. Najpiękniejsza burza, jaką widziałem od przyjazdu.

Tak pomyślałem, że chyba nie wszystkich ogarnęła wspomniana drażliwość, bowiem landord z rana przyniósł mi wielki kawał dżakfruta. Nazwa okropna, koszmarne spolszczenie angielskiego jackfruit, ale owoc znakomity – odmiana chlebowca tutaj nazywana khanun.

Początkowo myślałem nawet, że to durian, który wizualnie od jackfruita się tak bardzo nie różni, za to który ma jeden z bardziej specyficznych smaków i zapachów na świecie. Jest to zapach na tyle intensywny, że w awiacji istnieje dedykowany dla tego owocu kod cargo wymagającego specjalnej opieki, czy też niebezpiecznego (tzw. kod SLC albo IMP) – kod PED. Więcej na temat tych kodów można przeczytać sobie tutaj. Dość o właściwościach duriana powiedzieć, że swoje kody mają także materiały radioaktywne, wybuchowe etc. ;-)

Wstępnie liczyłem więc na smakową i węchową epifanię (względnie bolesną śmierć z obrzydzenia), ale landlord mi tego oszczędził (być może oszczędził i sobie szukania nowego lokatora). Dżakfrut smakuje nieco jak mango, które jest moim ulubionym owocem. Jedno z przyjemniejszych wspomnień nigeryjskich, to wspinaczka na 30-metrowe mangowce, gdzie, w samej koronie, kryły się najbardziej eksponowane na słońce, soczyste zółte mango.

Note to self: muszę wreszcie wybrać się na spacer z aparatem. Co najmniej jeden po lokalnych polach, kolejny po plaży, wreszcie co najmniej jeden do świątyni Wat Krabang Nga, która jest absolutnie urocza, kolorowa i pięknie zadrzewiona…

Leave a Reply