BKK 01.

Po miesiącu na prowincji czuję się nieco oszołomiony dużym miastem. Co jakiś czas ukradkiem sprawdzam, czy pędy bambusa przypadkiem nie wystają mi z sandałów.

A poważnie, to dobrze mi zrobiła zmiana klimatu i podróż. Co prawda miałem nadzieję, że będzie tu nieco chłodniej niż na południu, ale nic z tego. Słońce od dwóch dni naprawdę nie daje żyć.

Przed południem wybrałem się do wschodniej części Bangkoku, odwiedzić lokalny sklep pływacki. Od kilku tygodni sporo pływam, poprawiłem technikę i wytrzymałość i chciałbym zacząć wypuszczać się dalej w morze. Ale bez bojki asekuracyjnej tego nie zrobię, za dużo zmiennych, których nie da się kontrolować. Niestety nie słyszeli tu o takich bojkach, za to udało mi się kupić urocze neoprenowe spodenki pływackie made in China. Kąpielówki, w których pływam, kupiłem chyba jeszcze na studiach i mam poważne obawy, czy przetrwają kolejny tydzień.

Podróżowałem tzw. express boat, jednym z niewielu pozostałych tu kanałów (khlong). Kiedyś cały Bangkok był pocięty siecią kanałów, które stopniowo zasypywano, żeby zrobić miejsce samochodom… Mam nadzieję, że w ciągu 10-20 lat ten trend zacznie się powoli odwracać. Kanał koszmarnie cuchnął, łódź potwornie hałasowała, spaliny dusiły, ale ogólnie było to pozytywne doświadczenie – tak właśnie buduje się love-hate relationship z azjatyckimi megamiastami. Do tego jest to bardzo szybki (i tani – bilety kosztują kilkanaście bahtów) sposób poruszania się po mieście. Szkoda tylko, że łodzie lokalnego zbiorkomu pływają dziś jedynie po dwóch kanałach, kilkanaście lat temu dało się w ten sposób dotrzeć nawet w okolice lotniska. Można natomiast wybrać się na zorganizowaną wycieczkę po pozostałych kanałach.

Łodzie są szybkie, mieszczą ok. 100 osób, a  wejście i zejście z pokładu wymaga lekkiej ekwilibrystyki i może skończyć się kąpielą w kanale. Efektem czego byłby szereg przerażających mutacji albo przynajmniej lekkie zaburzenia osobowości. Zrobiłem nawet trochę zdjęć, wrzucę za kilka dni.

Budynki nad kanałami ładnie pokazują społeczny przekrój miasta – od slumsowatych tworów, przez zaniedbane budynki mieszkalne z lat 60-tych i 70-tych, aż po lśniące nowością wieżowce i kolorowe świątynie. Są rejony z uroczymi małymi domami, które kojarzą się z nadmorskimi miasteczkami w południowej Anglii. Nie widziałem natomiast żadnych prywatnych jednostek, możliwe, że nie mogą korzystać z kanałów w ciągu dnia (albo w ogóle).

Popołudniem wizyta w herbaciarni TWG Tea w centrum handlowym Siam Paragon, które chyba jest odpowiednikiem warszawskiego Vitkaca. Niesamowity wybór herbat, kilkanaście gatunków samego darjeelinga, natomiast ceny z kosmosu. Wokół różne prady, gucci i podobny konsumeryczny shit dla chińskich turystów z kompleksem niższości.

A na koniec nowy Woody Allen w kinie Scala, jednym z najstarszych w Bangkoku. Działa nieprzerwanie od lat 60-tych i ma uroczy design z tego okresu. Za to okolice – Siam Square – jak przedsionek piekieł. Po miesiącu nadmorskiego wyciszenia, czułem się jakbym dostał w głowę cegłą. Nieprzebrane tłumy ludzi, tysiące samochodów i motocykli, handlarze, uliczni grajkowie – pandemonium.

W świątyniach przygotowania do jutrzejszej puja. Tłumy ludzi na biało, kobiety wyplatają ozdoby z kwiatów, handlarze amuletami rozstawiają kramy, misy na datki czekają na wkład. Daje się wyczuć atmosferę antycypacji.

Leave a Reply