Dzisiaj, po wczorajszym szoku, rozwibrowany Bangkok znów wydaje się przyjazny, a nawet bezpieczny. Do tego ponarzekałem nieco na pokój i hotel przeniósł mnie do czegoś, co ma ze 100 m2, dwa balkony, gigantyczny living room oraz osobne kuchnię i sypialnię. Właściwy człowiek we właściwym miejscu.Tylko wanny brakuje…
Rano małe zakupy w okolicznym mallu (Terminal 21 – bardzo pożyteczne miejsce z masą restauracji, sklepów i kinem) i leniwa herbata tamże. Potem długa podróż do Wat Arun, Świątyni Świtu: motorower, metro i na koniec pół godziny w autobusie # 40, który jedzie przez kilka ciekawych dzielnic.
Najpierw przez Pom Prap, gdzie zostały jeszcze ślady przednowoczesnej zabudowy Bangkoku. Ta zabudowa znika w zastraszającym tempie, fajnie więc czasem zobaczyć miejsca, które kojarzą się z Indochinami jak z wczesnych Bondów.
Potem Chinatown, które jest ciekawe wizualnie, choć tłumy ludzi odstraszają. Sklepy z płetwami rekinów walczą o miejsce ze złotnikami i restauracjami dim sum. Chińskie smoki i lampiony obok figur Buddy, złoto i czerwień.
Dalej rzeka, Chao Praya, i zmiana nastroju, niska zabudowa, sporo drzew i o rząd wielkości mniej ludzi. Po drodze do Wat Arun przyciąga mnie inna świątynia, mniejsza i prawie zupełnie pusta. Spędzam tam masę czasu, zapominając o słońcu, które w międzyczasie rozkręca się do pełnej mocy. Ostatecznie poddaję się – dziś ok. 1400 były 43 stopnie odczuwalnej temperatury, co jest generalnie nie do zniesienia – i wracam do hotelu przeczekać najgorsze godziny.Pod wieczór znowu kino, a potem spacer przez nocne miasto. Mijam kilkudziesięciopiętrowe kondominia i zastanawiam się, czy chciałbym tu zostać na dłużej. Na pewno przyciąga mnie to miasto, ze swoją anonimowością i egzotyką, choć klimat i codzienna logistyka muszą być męczące na dłuższą metę. W styczniu, jak pisałem wcześniej, byłem o krok o przeprowadzki. Nie zdecydowałem się i wciąż myślę, że to była dobra decyzja. Pomijając już kwestie czysto zawodowe, za mało czasu poświęciłem na analizę tego, jak bym się tutaj czuł. Dzisiaj, bogatszy o doświadczenia kilku tygodni życia w TH, mogę na całą sprawę popatrzeć nieco obiektywniej.
Wieczorem na północy miasta burza. Chmury podświetlane wyładowaniami ładnie odcinają się od wieżowców. Miałem nadzieję obserwować, jak ta burza stopniowo zdobywa kolejne przyczółki, żeby ostatecznie dotrzeć do mojego balkonu, ale nic z tego. Przeszła bokiem, a mnie pogryzły moskity.

