Wstałem dziś dramatycznie wcześnie, żeby być w konsulacie TH zaraz po otwarciu – czytałem rozmaite horror stories o tłumach ludzi i wielogodzinnych kolejkach. Niepotrzebnie, praktycznie nikogo tam nie było. Zapominam ciągle, że sezon tu zaczyna się w listopadzie. Ciekawe, czy i Khanom budzi się wtedy z hibernacji?
Potem wypożyczyłem rower i pojeździłem nieco po mieście. Wczorajsze wrażenia się potwierdzają, to jest całkiem ładne, spójne architektonicznie, miasto. Bardzo dużo drzew, bardzo czysto. Szerokie promenady, w stylu niemal paryskim (co zrozumiałe, bo to była kolonia francuska). Dużo samochodów – a ponoć nie tak dawno temu blaszanka była tu ewenementem. No cóż, w końcu państwo rozwijające się i szerokie masy, podobnie jak w Polsce, muszą jakoś demonstrować ledwie okrzepły awans społeczny.
Z promenadami kontrastują urocze boczne uliczki z masą sklepów, straganów i knajp. W mojej części miasta praktycznie nie ma cudzoziemców, jeśli nie liczyć chińskich wycieczek, które śpią w tym samym hotelu co ja – ale oni żyją w trybie hotel-autokar-turystyczna atrakcja-autokar-hotel i nie wypuszczają się do prawdziwego świata. Nad rzeką backpackerskie getto, hostele, kawiarnie, salony masażu i inne typowe atrakcje. Te miejsca wszędzie wyglądają tak samo i od początku swoich eskapad unikałem ich jak ognia
Poza tym sennie i bardzo spokojnie. I dramatycznie gorąco. Nie chce mi się robić zdjęć. Natomiast zjadłem nietoperza – bardzo smaczny, mam teraz wyrzuty sumienia. Jeszcze tylko żaba i wracam do świata tofu i bakłażana.

Pingback: Jing jok vs dtook gae. | Yak Kharka