VTE-BKK.

Dzisiaj dzień transferowy. Mam nadzieję, że ataki bombowe nie przeniosą się na tajskie lotniska i samoloty.

Taksówkarz, który wiózł mnie na lotnisko w Vientiane okazał się być również dilerem wiz. Za 600 USD można mieć zestaw dokumentów, które pozwalają zostać w Laosie przez rok: wizę pracowniczą, fejkowe zatrudnienie, id pracownicze, a na początek wizę biznesową, ponieważ załatwienie wszystkich papierów zajmuje dwa tygodnie.

Na DMK małe piekło, kolejki do immigration, jakich nie widziałem od dawna. Najpewniej kontrole po zamachach zostały nieco zaostrzone. Co nie zmienia faktu, że do kraju wpuszczają mnie bez żadnych pytań.

Autobus z DMK do stacji BTS Mo Chit w połowie pusty, co stanowi dziwny kontrast z tłumami na lotnisku. Skytrainem jadę przez pół Bangkoku, dzisiaj zatrzymałem się nieco dalej niż zwykle, w Phra Khanong. Spokojniej tu – nie ma tego wrzenia, co w wyższych partiach ulicy Sukhumvit, która jak asfaltowy wąż wije się przez dużą część centralnego Bangkoku.

Paręset metrów od mojego tymczasowego lokum japońska knajpa Bishamon. Nie dość, że uroczo się nazywa (potem wyczytam, że Biszamon to jeden z boddhisatwów w japońskim buddyźmie), to znakomicie też karmi. Po przygodach z okoniem i nietoperzem, czas wrócić do racjonalnego odżywiania się: zjadam miso z tofu, natto (fermentowana soja) na glonach nori z białym ryżem oraz pudding z tofu ze słodką czerwoną fasolą. Bilans karmiczny przestaje się pogarszać.

Fajna jest moja południowa wioska, ale mam ochotę na zmiany. Rozważam przenosiny do BKK od września – będzie mi brakowało pustych plaż, porannych sesji pływackich i wyludnionych asfaltów, ale zaczynam czuć świeżą energię, chęć do działania, która bardziej pasuje do dużego miasta. Zobaczę jak to się rozwinie w najbliższych tygodniach.

Leave a Reply