Duriany etc.

W Khanom, jak zwykle, wszystko toczy się swoim bardzo utartym torem. Właściwie nawet nie odczułem tych kilku dni w Vientiane – może dlatego, że i tam panuje ogólne uspokojenie.

Dziś rano landlord przyniósł mi prezent – pitaje i kawałek świeżego duriana. I tak przyszło mi się zmierzyć z legendą. W Bangkoku próbowałem nawet suszonego duriana, co przygotowało mnie na starcie ze świeżym owocem.

Faktycznie pachnie niepokojąco. Nie jestem w stanie opisać tego precyzyjnie, ale jest to zapach czegoś lekko nieświeżego, stęchłego, nieco mdławy, ale nie kojarzący się jednoznacznie z rozkładem. I wcale nie bezpośrednio odrażający, raczej odlegle kojarzący się z czymś, co mogłoby być odrażające. Tak jakby zapach rozkładu, ale o dwa poziomy abstrakcji wyżej – taki metazapach rozkładu. I jako że jest to metazapach, to ma w sobie i nutę, damy na to, gnijącego kota i nutę bardzo dojrzałych bananów, czy jabłek – ale nie explicite, tylko na zasadzie odległego skojarzenia. To, jak sądzę, powoduje całe zamieszanie – ponieważ trudno sobie jednoznacznie umiejscowić ten zapach, ale wywołuje on pewne atawistyczne reakcje.

Smakuje super – coś jak budyń z mango i banana. Problem jest tylko ze strukturą, bo faktycznie jest ona jedwabiście budyniowa. I to się nie całkiem kojarzy z owocem – owoc z założenia jest chrupki, albo przynajmniej ma włókna, pestki, ziarna, skórkę. Durian oczywiście też ma skórę i to całkiem konkretną i kolczastą, ale zjada się go bez skóry, bowiem inaczej byłoby to jak obgryzanie kory z baobabu. I to maziowate rozpływanie się w ustach, plus wspomniany wyżej aromat wchodzą w bardzo niepokojącą synergię.

Tak czy inaczej, myślę, że zostałem fanem. To zdecydowanie jest acquired taste (podobnie jak taka Laphroaig, znakomita single malt z nutą mocno apteczną), ale warto sobie taki taste wyrobić.

Po starciu z durianem chwila niepewności co do dalszych planów. Już ułożyłem sobie w głowie wrzesień (i pewnie październik) gdzieś pod niebiosami w Bangkoku, gdy odezwali się headhunterzy ze Szwajcarii. I tak jak do Warszawy na razie nie mam ochoty wracać, tak przenosiny do ZRH wydają się dramatycznie kuszące. Bardzo polubiłem to miasto (i Szwajcarię w ogóle) zeszłej jesieni i mam dużą ochotę tam wrócić. Moje CV wzbudziło w Szwajcarach masę bardzo pozytywnych emocji, okazało się tylko, że tym razem po niemiecku trzeba być w stanie powiedzieć coś więcej niż “Ich bin ein Auslander“. Ergo plany bez zmian i od pierwszego września Ich bin ein Bangkoker.

Podczas popołudniowej jazdy nieprzyjemna sytuacja. Jadący z przeciwka skuter zderzył się z psem. Na szczęście cała sprawa była szokująca jedynie na płaszczyźnie dźwiękowej (skowyt psa i chrobot plastiku po asfalcie dosyć przerażające). I pies i dziewczyna kierująca skuterem wyszli bez szwanku. Skuter nieco poobcierany.

Lokalne psy wykazują daleko idącą niefrasobliwość, jeśli chodzi o wynajdywanie sobie miejsc do spania – podczas porannych jazd często widze je leżące na samym środku drogi. Zapewne tam jest najchłodniej. A może to kryzys tożsamości, tropikalna depresja, ontologiczny dead end, który zakończyć można jedynie pod kołami samochodu. Równie niefrasobliwie przchodzą na drugą stronę drogi – już odruchowo zjeżdżam na środek pasa jak tylko widzę psa idącego wzdłuż pobocza. Wszak zderzenie rozpędzonej szosówki z psem mogłoby kosztować mnie przynajmniej kolejny hak do przerzutki.

Inna sprawa, że jeszcze nie widzialem tu przejechanego psa. Za to wiele bardzo płaskich kotów. Może to kolejny dowód na bezsprzeczną wyższość psów nad kotami?

Leave a Reply