Biosphere (coś jak jezus, albo inny muhammad, tyle że w świecie ambientu) ma nowy album, nazywa się Deprated Glories. Co prawda ciężko znaleźć bezpośrednie odniesienie do Bangkoku, czy Indochin w ogóle, ale jako tło dla refleksji nad kolonializmem* posłuży idealnie.
Można posłuchać na bandcampie:
–> http://biosphere.bandcamp.com/album/departed-glories
Kilka ostatnich dni w Krungtheepie nie do zniesienia. Po chłodnym, deszczowym tygodniu, słońce postanowiło odrobić zaległości. Zbyt dużo rowerowania grozi lekkim udarem słonecznym, a krótki nawet spacer zniechęca do wszelkiej aktywności. Bohu spasit tesco lotus przynosi zakupy do domu, a jeśli to nie wystarczy, pozostaje FoodPanda, odpowiednik polskiego pyszne.pl, czy pizzaportal.
Odkryłem też, że praktycznie pod domem mam nocny market warzywny. Otwiera się chyba dopiero po 2100. Ceny prawie jak w Khanomie, wybór tylko nieco bardziej ograniczony. Kupiłem dziś bardzo apetyczną malagau, czyli zieloną papaję. Satau, smakujące siarką zwinięte fasolki, nieco wiotkie i wczorajsze, więc dałem spokój, ale mam na nie coraz większą ochotę.
Analiza cyklu życia bangkockich straganów i marketów zasługuje na poważniejsze opracowanie naukowe. Londyn może się promować jako 24h city i otwierać całodobowe linie metra, ale w porównaniu z BKK jest to nieco wczorajsze, tu tak było chyba zawsze.
[*] Zarówno tym sprzed lat, jak i współczesnym, globalistycznym i konsumerycznym.
