Ostatni weekend w TH niespodziewanie turystyczny. Kolega ze studiów, Maciek, i jego żona Marta, w drodze do Wietnamu zatrzymali się na kilka dni w Tajlandii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów zdecydowali się spędzić dwie noce na Phuket, miejscu uchodzącym za lokalną wersję Władysławowa. Postanowiłem do nich dołączyć, mając pewne obawy, czy turystyczny charakter wyspy mnie nie rozczaruje.
Ostatecznie wyjazd okazał się bardzo udany. Dobre towarzystwo niewątpliwie stymuluje (sam fakt podróżowania z kimś jest dla mnie mocno abstrakcyjny, do tego przez ostatnie miesiące pędziłem żywot pozytywnie pustelniczy), a Phuket jest tak olbrzymia, że stanowi dobry wycinek całego tajskiego społeczeństwa i można się tam natknąć na typowo turystyczne rejony nad morzem, jak i zupełnie zwyczajne, typowo tajskie miejsca, które z turyzmem nie mają nic wspólnego.
Odwiedziliśmy jedną ze świątyń, obejrzeliśmy gigantyczną (45m wysokości) figurę Buddy, która góruje na południową częścią wyspy (skojarzenia ze Świebodzinem nieuniknione), port rybacki (w którym byliśmy sporą atrakcją, bo nie jest to miejsce odwiedzane przez farangów), stare miasto w Phuket, byliśmy w knajpie ze znakomitym jedzeniem z Isanu (znowu grzech – sum na patyku), na targu z owocami (kupiliśmy z 10 kg) i jednej z turystycznych plaż. Wieczorem znowu plaża i konsumpcja piwa z owocami.
Chcąc nie chcąc zostałem przewodnikiem i ekspertem od wszystkiego co tajskie. Znowu nie zrobiłem praktycznie żadnego zdjęcia.
