Bang Chak kontra Ekkamai.

Po kilku dniach w Bang Chak postanowiłem zmienić lokalizację w BKK i okazała się to być znakomita decyzja.

Bang Chak to najdalej wysunięta na południe dzielnica Bangkoku, w której dane mi było mieszkać. Co prawda jest dobrze skomunikowana z resztą świata, jako że ma swoją stację BTS (przystanek za On Nut, który jak do tej pory stanowił dla mnie odpowiednik warszawskiego Ursusa – niby M. St., ale nie byłem do końca przekonany, czy faktycznie jest tam życie) i ma mniejszą niż bardziej centralne dzielnice gęstość wieżowców na km2, ale zatrzymałem się przy samym Sukhumvicie, co oznaczało, że ciężko było znaleźć chwilę wytchnienia od miejskiego szumu.

Na plus fakt, że po drugiej stronie ulicy miałem bazar z owocami, warzywa i znanym na całym świecie bangkockim streetfoodem. Nawet zdąrzyłem się zaprzyjaźnić z kilkoma sprzedawcami, którzy słysząc, że potrafię powiedzieć kilka słów po tajsku, natychmiast zasypywali mnie masą pytań, z których nie rozumiałem praktycznie nic. Muszę wymyślić metodę szybszej nauki języków. Albo przestać się lenić, bo w sumie mam niewielki talent lingwistyczny.

Znalazłem więc nowe miejsce w dzielnicy Ekkamai. Rejon głównie willowy, z masą drzew i wąskich, cichych uliczek. Co prawda do BTSu mam ze dwa kilometry, za to czuję się jak w innym mieście. Nawet nie podejrzewałem, że w BKK może być tak spokojnie. Jakieś dwa kilometry od domu jest meczet, więc chwilę po zachodzie słońca słychać odległe wołanie muezzina, co zawsze bardzo lubiłem – ze względu na kontekst estetyczny i wspomnienia z podróży po Środkowym Wschodzie, Bangladeshu i, nieoczekiwanie, Birmie. Tutaj co prawda, po włączeniu megafonów, słychać syntetyczne dzwonki, jak przed komunikatem na dworcu, co nieco psuje ogólny efekt. A chwilę po muezzinie, zapewne również porwane do działania przez zachodzące (a właściwie już zaszłe) słońce, odzywają się cykady i rozmaite świerszcze. Nie wiem, czy te insekty w ten sposób kompensują sobie trudy życia w mieście, ale generują prawdziwą ścianę dźwięku – nawet w Khanom, czyli w sumie na wsi, niemal w dziczy zachowywały się znacznie ciszej. Inna rzecz, że jest to cudowna ściana dźwięku i pierwszego wieczora tutaj przeżyłem lekki szok, najpierw lekko ukołysany przez adhan, potem wyrwany z tego limbo przez owady.

Ekkamai, widok na północ. Wieżowce czają się wdzłuż Soi Ekkamai i robią nieśmiałe próby podbicia tej dzielnicy.

Ekkamai, widok na południe. Aż do rejonu Phra Khanong nie ma praktycznie żadnych wyższych budynków.

Nowe miejsce oznacza też powrót do bliższych relacji z motocyklowymi taksówkami (nazywanymi tutaj motosaay), które wożą mnie od BTSa do domu.

Generalnie jest fajnie. Mógłbym wynająć tu w Ekkamai dom z ogrodem i pracować zdalnie pod Banyanem.

Poza tym niewiele się dzieje. Chodzę na jogę, przesiaduję w kawiarniach, odkrywam nowe bazary, pochłaniam gigantyczne ilości warzyw i owoców. I sushi – jest tu tyle ryb i owoców morza, że moje roślinożerstwo wystawiane jest na ciągłe próby; jak nabiału i innych rodzajów mięsa nie brakuje mi w ogóle (od zapachu jajecznicy mam autentyczne mdłości), tak na wodne stworzenia wciąż regularnie mam ochotę.

Powinienem wziąć aparat i trochę poeksplorować, ale wszelkie turystyczne aktywności mnie odrzucają.

Leave a Reply