Coraz częściej stwierdzam, że brakuje mi umiejętności czytania tajskiego alfabetu. Ostatnio kilkukrotnie, w kryzysowej (relatywnie) sytuacji, nie byłem w stanie przeczytać kilku kluczowych znaków (tablicy na nadjeżdżającym autobusie, ceny, nazwy czegoś na bazarze etc.) Wzbudziło to we mnie zrozumiałą irytację i intelektualną frustrację.
Rozglądam się więc za sposobem utrwalenia sobie lokalnego alfabetu. Ściągnąłem apkę dla tajskich dzieci, gdzie tutejsze literki powiązane są z obrazkami zwierząt etc. Jak rozumiem dane zwierzę ma się kojarzyć z kształtem literki. Nie specjalnie to działa, jako że wszystkie te litery wyglądają jak rozjechane tuktukiem węże. Być może łatwiej jest, gdy zna się nazwę danego zwierzęcia po tajsku – co również może stanowić problem, bowiem jak na razie wiem jak jest pies, kot, ryba i krewetka. I kura (gai – co ciekawe, po nepalsku znaczy to krowa).
Jako że w jeszcze kwietniu planowałem przenosiny do Nepalu na kilka miesięcy, uczyłem się devangari przy użyciu metody loci. Nawet nieźle to działało. Może więc spróbuję podobnego podejścia z wężami w rigor mortis.
W ogóle to nie do końca rozumiem swój brak motywacji do nauki tajskiego. Może wynika to z tego, że Bangkok to de facto miasto ponadnarodowe, multikulturowe, gdzie rozmaite azjatyckie (i nie tylko) wpływy mieszają się, ale zarazem zachowują swoją indywidualność, nie są asymilowane. I w sumie większość cudzoziemców, którzy mieszkają tu od lat, zna tylko podstawy tajskiego (vide: moja ulubiona nauczycielka jogi, Koreanka, która zna tyle tajskiego co ja, a mieszka tu i uczy od 3 lat). Ba, nawet farangi, które żenią się z Tajkami, a następnie wyprowadzają na prowincję hodować bawoły, też często mówią jedynie po angielsku i wcale nie przeszkadza im to funkcjonować.
Pewnie to jakaś wypadkowa rozleniwiającego klimatu i daleko posuniętego wyluzowania lokalsów, którzy – o ile tylko nie przekracza się pewnych granic – są skłonni bardzo wiele wybaczyć.
