Niedaleko stacji BTSu Ekkamai, z której zwykle zaczynam swoje codzienne podróże po Bangkoku, jest galeria handlowa Gateway Ekkamai. Generalnie nie cierpię takich miejsc, natomiast w Gateway znajduje się masa japońskich i koreańskich knajp i sklepów. A że moja ciekawość kultury japońskiej z roku na rok robi się coraz większa, bywam tam w miarę regularnie.
I tak, wczoraj, wracając do domu po kilku intensywnych godzinach jogi, głodny jak wilk, skusiłem się na wizytę w lokalnej sieciówce Shabushi. Co prawda moje odżywianie się oparte jest głównie na nieprzetworzonych albo niskoprzetworzonych produktach roślinnych, natomiast w TH pozwalam sobie na okazjonalną (let’s face it – regularną) konsumpcję ryb i owoców morza.
Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać, więc od samego początku miały miejsce rozmaite niespodzianki. Primo jest to miejsce typu all you can eat – płaci się 399 THB i przez 1,5h można do woli obżerać się sushi (i tempurą) oraz shabu-shabu. Biorąc pod uwagę moją słabość do sushi, jest to pokusa, której trudno się oprzeć (pokusa i ryzyko popadnięcia w gadzi marazm na resztę dnia, podczas gdy organizm próbuje strawić wcześniejszą ucztę). Secundo, serwują tam wspomniane shabu-shabu, którego do tej pory nie miałem okazji próbować. Otóż każdy stół ma wgłębienie z płytą grzewczą, w którym ląduje garnek z wrzącą zupą, do której z kolei wrzuca się rozmaite surowe albo pół surowe produkty, przesuwające się po całej restauracji na malym pasie transmisyjnym (kaiten – taki sam jak w japońskich knajpach sushi). Co prawda większość składników to mięsa ptasie albo ssacze, ale trafiają się też warzywa, grzyby i okazjonalny owoc morza oraz ryba.
Ostatecznie shabu-shabu nie spróbowałem, bowiem jako bazowe zupy dostępne były jedynie zupa mleczna (WTF?) i rosół z kury (samo jedzenie ryb dostarcza mi wystarczająco dużo wyrzutów sumienia), natomiast zjadłem kilka surowych składników, uprzednio potraktowawszy je wasabi i sosem sojowym.
Generalnie – nie jest to jedzenie najwyższych lotów, szczególnie sushi pozostawia nieco do życzenia, natomiast biorąc pod uwagę cenę, a przede wszystkim relację ilości do ceny, warto się czasem skusić (szczególnie jeśli ma się ten specyficzny defekt mózgu, który powoduje, że na myśl o sushi zaczynamy się niekontrolowanie ślinić).
Aha, shabu-shabu to określenie onomatopeiczne. Ma się kojarzyć z dźwiękami, jakie wydaje mięso gotujące się we wrzącej zupie… Nie wiem dlaczego, ale ja mam skojarzenia wyłącznie erotyczne.
