No i tak, po kolejnych 3 miesiącach w BKK, wrócłem do z lekka odrażającej rzplitej smoleńsko-buracko-faszystowskiej. Za cholerę nie wiem po co. Miałem w Krungthepie wygodne mieszkanie, uroczy skuter, dobrą szkołę jogi, bazar dwa kroki od domu i całą bangkocką egzotykę i nowoczesnośc pod nosem.
Mam wrażenie, że prześladuje mnie mój maksymalizm, w PL nie chcę już żyć, ale w BKK nie mam ochoty pracować, bo to zepsuje cały urok życia tamże. Szukam więc opcji pośredniej – pracować zdalnie dla europejskiej firmy, żyjąć w BKK. I czasem na Bali. I w Phnom Penh. Z okazjonalna wycieczką do Kathmandu.
Na razie jestem nieco jak ten kot powyżej. Na szczęście szkoła jogi A. Bielewicza i wieczorne rajdy na Fudżiku nieco łagodzą rozmaite weltschmerze.
Gdyby cała populacja tej planety miała tylko takie problemy, bylibyśmy dobrymi i mądrymi władcami wszystkich możliwych galaktyk.

