Jak pisałem wcześniej, ponad tydzień temu zacząłem ngöndro, czyli odosobnienie / praktykę wstępną w jednym z tybetańskich klasztorów w Kathmandu. Co prawda moja zasadnicza praktyka to zazen / shikantaza i generalnie widzę się w linii Zen, ale dzięki temu, że sporo podróżuję, mam możliwość poznawania innych szkół buddyzmu i takie eksploracje powoli stają się moim małym hobby.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób, które całkowicie poświeciły się jednej szkole, taki dharma explorer jak ja może być postacią co najmniej dwuznaczną, ale – guess what – mam to w rzyci. I tak podczas pobytu w Tajlandii poznawałem ceremonie i praktykę Theravadyjską, podobnie zresztą jak podczas podróży po Sri Lance (i, w mniejszym stopni, Birmie). Z kolei tymczasowa przeprowadzka do Kathmandu okazała się być znakomitą okazją, żeby głębiej wejść w Vajrayanę.
Nie spodziewałem co prawda, że wezmę udział w tak sformalizowanej i tak długiej (całość będzie trwała ok. miesiąca i być może uda mi się tyle wytrwać) formie wprowadzenia w temat. Raczej planowałem pochodzić nieco na mowy dharmy, wziąć udział w pujach w rozmaitych klasztorach, ponagrywać, zrobić trochę zdjęć i w międzyczasie poczytać co nieco. Natomiast gdy na jednej z lokalnych grup dyskusyjnych pojawiło się ogłoszenia o ngöndro, uznałem, że to znakomity zbieg okoliczności i, że takiej szansy przegapić nie powinienem.
Udałem się więc do biura klasztoru Ka-Nying Shedrub Ling, gdzie po krótkiej rozmowie z Lamą Dorje (rozmowa z konieczności krótka, bowiem lama znał po angielsku z pięc słów) zapisałem się na odosobnienie.
Początkowo nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, bowiem informacje w języku angielskim były skromne. Wiedziałem jedynie, że w ciągu dnia będzie 8h praktyk w czterech blokach, z których pierwszy zaczyna się o 0600. Między blokami dwie przerwy godzinne i jedna dwugodzinna. Klasztor również karmi praktykujących, więc de facto można spędzać tam cały dzień.
Jak wyglądała praktyka podczas pierwszego tygodnia? Otóż były to wyłącznie recytacje, nieznacznie różniące się między sobą w zależności od bloku. Pod koniec ostatniego, czwartego bloku, miała miejsce ceremonia Chöd, czyli praktyczne podejście do ucinania więzi z naszym ciałem, przez wizualizację i śpiewy opisujące cięcie tegoż ciała na części i karmienie nim rozmaitych demonów. Równolegle ze śpiewami (w moim przypadku, jako że nie znam tekstów na pamięć, również z czytaniem) lewą ręką dzwoni się dzwonkiem, a prawym operuje się bębnem damaru. Jest to bardzo trudne, bowiem trzeba zsynchronizować kilka czynności i początki były mało udane. Po odrobinie ćwiczeń zacząłem robić postepy, ale do pełnej biegłości sporo mi jeszcze brakuje.
Bębnowi damaru postaram się zrobić kilka zdjęć w najbliższych dniach, bo to piękny przedmiot, a ja zasadniczo mam słabość do rytualnych przedmiotów tantrycznych i zgromadziłem ich niewielka kolekcję.
Jeśli chodzi o recytacje, najczęściej powtarzają się następujące elementy:
- Przyjmowanie schronienia (analogicznie do refuges w Theravadzie, co prawda w języku Pali brzmi to bardziej optymistyczne),
- “Wzbudzenie” Bodhicitty, czyli stanu umysłu nastawionego na osiągnięcie oświecenia na rzecz wszelkich świadomych istot,
- Medytacja i recytacja na rzecz bodisatwy Vajrasattvy, która jest niezwykle poetycka i bardzo obrazowo opisuje rozterki osoby zapętlonej w samsarze i bilansie karmicznym
- Ofiarowanie mandali (werbalne),
- Guru yoga, czyli prośby (a nawet suplikacje), do rozmaitych nauczycieli z linii Guru Rinpoche, o usunięcie przeszkód w drodze do oświecenia,
- Sutra serca (Parjna Paramita), tekst często wykorzystywany w mojej praktyce Zen i moim zdaniem jeden z kluczowych tekstów buddyjskich,
- Wspomniany wcześniej Chöd,
- Kilka innych, mniejszych tekstów, o których muszę jeszcze poczytać.
Schronienia i Bodhicitta są traktowane w sposób charakterystyczny dla mantrayany, czyli rytmicznie powtarzane przez kilkadziesiąt minut. Niektórzy (na przykład niżej podpisany), używają przy tym również mali. Jest to znakomita praktyka koncentracji i chyba mój ulubiony element tych recytacji. Oczywiście ważne (a może wręcz kluczowe) jest znaczenie tych tekstów, natomiast jeśli nie chcemy wchodzić w semantykę, rzecz sprawdza się również na płaszczyźnie czysto dźwiękowej.
Jakie obserwacje po pierwszym tygodniu? Primo, w tym odłamie buddyzmu element wiary jest zasadniczy. Widać, że lokalsi z pełna powagą traktują suplikacje do Guru Rinpoche i innych tybetańskich “świętych”. Secundo, jest tutaj masa śpiewów i recytacji, rozmaitych wizualizacji i mantr, ceremonii, rytualnych przedmiotów, świętych obrazów, symboliki, ezoteryki – totalny barok. Spokojnego siedzenia na poduszce i medytowania brak. Jako że ja z natury jestem ateistyczny i bardzo dobrze się czuję w minimalistycznej praktyce Zen, nie zanosi się na to, żebym został vajrayanistą. Co nie zmienia faktu, że samo doświadczenie jest bardzo rozwijające – tak poznawczo, jeśli chodzi wiedzę o buddyźmie, jak i od strony praktyki, nazwijmy to, duchowej, czy medytacyjnej.
Wychodzi też na to, że jestem jedynym Europejczykiem w grupie (która liczy ze 200 osób). Jest kilku innych cudziemców, ale z Azji. Natomiast trzon stanowią tybetańscy pielgrzymi (którzy często nie znają nepalskiego) i Nepalczycy. Wiele z tych osób przyjechało głęboko z gór, jest bardzo uboga, praktycznie bez wykształcenia i głeboko osadzona w relatywnie obcych dla mnie kulturze i światopoglądzie. Co z jednej strony powoduje, że czasem czuję się nieco wyobcowany, a z drugiej nadaje całej sprawie niepowtarzalnej autentyczności. Inna rzecz, że wszyscy praktycznie są bardzo mili i pomagają mi na każdym kroku (gdy na przykład pogubię się w psałterzu, albo nie ogarniam obsługi bębna Chöd).
Postaram się zrobić trochę zdjęć, ale że nie jest to atrakcja turystyczna, będę musiał być z tym bardzo delikatny.
Drugi tydzień zaczął się od poważnej zmiany – mianowicie w praktyce pojawiły się pokłony (prostracje). Ale o tym napiszę za kilka dni, jak już nieco ułożę sobie głowie kwestię kłaniania się komukolwiek. I to dziesiątki razy pod rząd.
