Jeśli jest coś, dla mnie stanowi pewną esencję bycia expatą z wyboru, to są to nocne eksploracje azjatyckich miast na skucie. W Kathmandu to się tak średnio udawało, bo o 2100 miasto praktycznie zasypia, natomiast w Bangkoku, który jest metropolią 24 godzinną, trudno o lepszy sposób na spędzenie kilku późnowieczornych godzin.
Do tego dochodzi fakt, że mamy tu całkiem sporo nocnych bazarów, więc można taki cruising połączyć z zakupami świeżych mango. Przedwczoraj wyskoczyłem tyko za róg, kupić coś niezdrowego do zjedzenia przy wieczornym filmie i zaczęło się… Skoro jestem na Sukhumvicie, to może odbiję gdzieś w prawo i zrobię większą pętlę… No to Sukhumvit 24, aż do Rama IV… Co teraz? Nad rzekę, czy wracać na Sukh? Mam wygodny skręt w lewo, więc wracam na Sukhumvit. Skrzyżowanie przy Phra Khanong, dopiero się rozkręcam, więc daję w prawo i przez most nad khlongiem jadę na On Nut. Soi On Nut jest super długa i wieczorami dosyć pusta, więc można się nieco rozpędzić. Docieram gdzieś do setnej soi i zatrzymuje się na chwilę żeby sprawdzić na GPSie co dalej… On Nut jak przeośnięty wąż ciagnie się prosto na wschód, aż za Bhumi, do Lat Krabang. Nie chcę tam jechać, więc wracam tą samą drogą. Z Sukhumvitu skręcam w prawo w wyrafinowane Thong Lo i nieco później, plątaniną bocznych uliczek docieram do swojej samotni na wysokościach w Phrom Phong.
Niestety nie udało mi się zarezerwować na BKK większego skutera (ktoś chwilę przede mną wypożyczył go na miesiąc), ale w Khanom mam już potwierdzoną rezerwację – od kilku miesięcy bardzo się czaję na skuter pomyślany do dłuższej jazdy. Krążyłem więc po Bangkoku słabawą Yamahą Fino… Wąskie opony, cherlawe to jak soi dog, bardzo azjatycki skuter. Do tego miałem dziurę w tylnej dętce i skut powoli tracił coraz więcej powietrza, mimo regularnego pompowania. Dziś, na godzinę przed oddaniem go do wypożyczalni, stracił powietrze do końca, więc na gwałt musiałem szukać warsztatu.
Pomogli, jak zwykle, lokalni taksówkarze moto. Jeden z nich poprowadził mnie do improwizowanego warsztatu nad khlongiem – kilku gości pod banyanem, stos dętek, mechaniczna pompka. 10 minut, 150 THB i po sprawie. Nawet zdążyłem oddać skuta przed zamknięciem. Poniżej panowie mechanicy w akcji.
Najzabawniejsze było to, że po oddaniu skutera byłem zdany na własne nogi, BTSa i szalonego moto-taksówkarza, który chciał mnie naciągnąć na dodatkowe 10 THB za podróż (nie dałem się, wynegocjowałem po tajsku uczciwą cenę, czym go wyraźnie zirytowałem – poniekąd stracił twarz). Wniosek jeden – Tajlandia bez skutera jest bardzo, bardo męcząca. Kiszenie się w korkach, szalony ruch, spaliny, upał – to wszystko może się wydawać obciążające psychicznie i trudne, natomiast warto zrobić sobie dzień, czy dwa, bez dwóch kółek, żeby zrozumieć jakie to błogosławieństwo w tym mieście (i kraju też).
Jutro fru na południe i szukam domu z ogrodem (notabene, mają tu czasopismo Baan Lae Suan – บ้านและสวน – Dom i ogród) na kolejny miesiąc.

