DMK – NST i dalej.

Jetlag i problemy ze spaniem minęły mi gdzieś koło środy, więc dzisiaj udało mi się wyspać, a nawet wstać nieco wcześniej, żeby zrobić krótką sesję na siłowni przed podróżą. Zauważyłem, że organizm, nieco wymęczony fizycznie z rana, o wiele lepiej znosi tutejsze temperatury.

Lecę z DMK, więc muszę przebić się 30 km na północ. Można pojechać moto taxi, BTSem i na koniec autobusem z Mo Chit, ale biorąc pod uwagę, że zupełnie cywilizowaną taksówką można to zrobić za ca. 100 THB więcej, nie mam najmniejszej ochoty się tak męczyć. Zamawiam taxi z Graba, ale stoi gdzieś w korku i pewnie dotrze za pół godziny, więc nasz chowkidar łapie mi taxi z ulicy. Do Din Daeng nieco stoimy w korkach, ale zaraz potem inwestuję 70 THB w przejazd autostradą i w 10m jesteśmy pod Don Muang.

Moja ulubiona lotniskowa kawiarnia pełna homo sapiens, więc idę na szary koniec lotniska na kawę i puszyste bułki z mąki ryżowej. Gdzieś stąd, rok (a może dwa lata) temu, leciałem z Maćkiem i Martą na Phuket. Mam trochę za dużo czasu – wyjechałem ze sporym zapasem, biorąc poprawkę na nieprzewidywalność lokalnego trafficu.

Chwilę przed odlotem nad lotnisko nadciągają bardzo groźne chmury, panie sprzątające gromadzą się przy oknach powtarzając fon tok, fon tok (deszcz, deszcz). Przygotowuję się psychicznie na opóźniony lot, ale tutaj monsunowe burze nikomu nie straszne i startujemy o czasie, w strugach deszczu.

W samolocie z jakiegoś powodu mam premium seat, całkiem z przodu, do tego cały rząd dla mnie. Na 100% nie kupowałem takiej opcji, więc może to bonus za dokupienie 5 kg bagażu (standardowo jest 15 kg a moja torba waży 20 kg).

Lot krótki, ale turbulentny – najwyraźniej burze w całej TH. Na miejscu nikt poza mną nie jedzie na wieś, więc znowu masa przestrzeni – cały minibus dla Miro. To jest połączenie typu fly-and-ride, gdzie na lotnisku czeka bus do finalnego celu podróży.

W Khanom bez niespodzianek – bus wyrzuca mnie pod hotelem, gdzie okazuje się, że jestem dzień za wcześnie (jakiś czas temu skróciłem sobie pobyt w BKK o jeden dzień, natomiast zapomniałem przebukować hotelu w Khanom)… Ale teraz nie sezon, więc nie ma problemu. Spacerem idę na główne skrzyżowanie, seeyak, gdzie czeka na mnie już piękny, czarny skuter.

Zrobię mu jeszcze pewnie masę zdjęć, ale na oficjalnej focie wygląda tak:

De facto jest to skucica (nazywa się Honda Forza 300). Jest to zdecydowanie temat na osobną notatkę i najpewniej na jej temat będę się jeszcze wywnętrzał. Primo, Forza jest piękna – czarna, opływowa, nieco przypomina ugłaskany ścigacz. Ma 2x większą pojemność silnika, niż skutery, na których dotychczas jeździłem, więc pięknie się rozpędza i dobrze przyspiesza. Jest znacznie cięższa i sporo większa od małych skuterów, więc manewry parkingowe wymagają nieco więcej siły i uwagi, za to na drodze w ogóle nie ma się wrażenia, że się na czymś jedzie, bo ona bardziej płynie po asfalcie. Do tego ma ogromny bagażnik pod siodłem, więc mogę jeździć na potężne zakupy na lokalnych bazarach. Spędziłem 2.5h jeżdżąc w kółko po po okolicy – tak bardzo nie chciało mi się z niej schodzić. Generalnie chcę mieć taką – jak już będę spędzać w TH min. pół roku co rok, skuter będzie zakupem pierwszej potrzeby.

Teraz muszę znaleźć dom ASAP, bo tymczasowy hotel jest taki sobie.
Za to mieszkam z bratem – mam w pokoju sporego gekona.

Leave a Reply