midnight diner.

To nieco nie na temat, bo teraz pielęgnuję specyficzną odmianę chłopomanii, zaszyty głęboko na tajskiej prowincji, ale na Netflixie pojawił się serial, który znam z zeszłorocznych wizyt w kinie Instytutu Francuskiego w Bangkoku.

Serial co prawda japoński, więc z Francją ma niewiele wspólnego, za to nieco więcej z Bangkokiem, ze względu na żyjącą tutaj sporą diasporę japońską i niepowtarzalny klimat wschodniej metropolii.

Dobrze oddaje to, co mnie do Bangkoku ciągnie (zresztą myślę, że podobnie czułbym się w Hong Kongu, czy Tokio), czyli pewną alienację i wyciszenie, jakie można osiągnąć będąc w samym środku czegoś tak gęsto zaludnionego i w żyjącego tak intensywnie jak azjatyckie megamiasta.

Nie wiem do końca na czym to polega (podejrzewam, że to coś jak z proustowską magdalenką – pewne konteksty wywołują w nas określone stany psychiczne, które mogą być bezpośrednio indukowane wspomnieniami, jak u Prousta, ale mogą też być wypadkową różnych mniej lub bardziej świadomych doświadczeń) – na pewno nie ma tego w Warszawie, która jest po prostu dużym burakowem, w które ktoś na odpierdol się wetknął parę wieżowców. Nie ma tego w Londynie, który, podobnie jak Tokio, czy Bangkok, jest dużym miastem, ale nie ma tej specyficznej aury. Nie ma w dużych niemieckich miastach (no, może poza Berlinem). Generalnie chodzi o pewien specyficzny stan umysłu, lekko mizantropiczne odsunięcie się od świata, połączone z wyciszeniem i uspokojeniem jak po długim zazen, wymieszane z ekscytacją z bycia obcym, gdzieś daleko, bycia w podróży. Jest to super przyjemne, jeśli tylko ma się odpowiednią wrażliwość i właściwe skłonności psychiczne.

Przykładowy odcinek można obejrzeć sobie na YT:


A tu ładna recenzja z New Yorkera.

Leave a Reply