Podróż z mojej wioski do kluczowej metropolii Południowo-Wschodniej Azji przebiegła stosunkowo bezboleśnie. Jako że oddałem skucicę (chlip), na busa do Nakhon Si podwieźli mnie sąsiedzi. Bus prawie pusty, podobnie jak i w tę stronę, drogi puste, więc dotarłem na miejsce z dużym zapasem czasu.
Na lotnisku zjadłem niezwykle smaczną rybę w sosie z czarnej fasoli, z młodą cebulą i ryżem. Byłem pewną atrakcją jako jedyny białas w okolicy i obsługa przyglądała mi się z uprzejmym zainteresowaniem. Zaczynam mieć wrażenie, że moja wioska zaczyna być cokolwiek marginalizowana i masowy (czy jakikolwiek) turysta ją omija, lekceważy i ma w rzyci. Niebywale mnie to cieszy. Ziema będzie tańsza, ludzi będzie jeszcze mniej, a świat będzie jeszcze piękniejszy.
Poznałem też nową metodę dodawania lodu do piwa. Poniżej zdjęcie poglądowe.
Lot do BKK bez niespodzianek. Samolot jedynie w klimacie stricte ludycznym i urlopowym.
W Bangkoku straszliwie droga taksówka z DMK pod BKK. Jako że następnego dnia rano miałem kolejny lot, postanowiłem zatrzymać się na przedmieściach nieopodal głównego lotniska. Było to ciekawe doświadczenie, bo wokół magazyny, fabryki i klimaty stricte proletariackie. Wybrałem się na spacer późnym wieczorem i czułem się nieco jak z innej planety, ale poza tym nie spotkało mnie nic złego. Na plus – dużo ulicznego jedzenia (m.in. grilowane do suchości kałamarnice) na wjeździe do soi, przy której stał mój hotel.
Plusem spania w takiej lokalizacji jest fakt, że na lotnisko jedzie się nieco ponad 5 minut.


