” […] chmura nagle rozjarza się światłem białym, bladym i formuje – w orła. Ciało więc – białym, korona, dziób i pazury żółtym światłem błyszczą.
Drony – rozumiem.
– Drony – mówię temu z kumetą. – Drony zapaliły reflektory i uformowały orła.
On:
– A, no tak. Drony.
Już tam i inni się rozgadują:
– Drony, drony nasze, polskie.
– Dronięta nasze! – płacze emocjonalna staruszka. – Dronięta!
Ktoś tam krzyczy, wymachując krwią i kością:
– Rzeczpospolitaaa! Rzeczpospolitaaa!
A drony te wyorlone machają skrzydłami, leci, orzeł, leci, tą-dą-dą-dą – gra muzyka wojskowa, czołgi jadą Alejami, msza święta huczy ponad Błoniami, skąd bez mała półtora wieku temu Piłsudski dziadek z Legijony szedł bić zaborcę. Nad Błoniami, gdzie się Polska odrodziła po ponadwiekowej niewoli. Nie do końca wiadomo, po cholerę.” [“Siwy Dym”, Z. Szczerek]
No właśnie.
Podobne nastroje zapanowały w stolicy jak tylko tryumfalnie wylądowałem. Ale to nie z mojego powodu. To polska drużyna, pożal się Buddo, fiutbolowa, po raz kolejny dostawała w rzyć od Południowego Sudanu, czy też Butanu, względnie piłkarskiego aliansu Fidżi i Vanuatu. Knajpy pełne, polactwo rozemocjonowane i najebane, krzyki, szaliki, piwo i plazmy świeco. Rzeczpospolitaaa! Rzeczpospolitaaa!
A ja tu w głowie z gekonem, palmą (no, to dwuznaczne), Buddą, monsunem i kosmopolityzmem szeroko pojętem, nie wspominając już nawet o tolerancji, równości i wolności.
Nie do końca wiadomo, po cholerę tu wracałem.
Znaczy się, wiadomo, to kompromis zgniły materialistyczny.
Na obczyźnie czytałem wyborczą przez kilka tygodni i teraz gotów jestem organizować drugą Targowicę, względnie zostać folksdojczem. Niech mi ktoś proszę da w prezencie paszport niemiecki albo szwajcarski. W ostateczności może być austriacki, belgijski, a nawet holenderski.
