I tak, po raz kolejny w tym roku, wyrwałem się z faszystowskiego grajdoła na literkę “P”. Tym razem na ponad dwa miesiące. Nie ukrywam, że wyjazd z tego kraju, szczególnie teraz, gdy z polactwa wyłażą najgorsze możliwe cechy tego żenującego narodu, to jak zdjęcie ciężkiego plecaka po całym dniu zapieprzania po Himalajach. Względnie jak zrzucenie starej skóry, jeśli akurat dopadnie nas atawizm jaszczurczy.
Moje wesołe przygody (a, de facto, programowy brak przygód) na tajskiej wsi, śledzić można będzie w kolejnych odcinkach serii Okiem gekona.
