Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
W mojej tymczasowej posiadłości, nad samym morzem (de facto na granicy plaży i drzew), stoi mała, kamienna ławka. Późnym wieczorem, jak zwykle, wybrałem się tam popatrzeć na gwiazdy, posłuchać morza i cykad, obserwować nietoperze, które stadnie żyją w pobliskim figowcu etc. Generalnie sielanka.
Po jakimś czasie poszedłem popływać trochę i przez chwilę miałem wrażenie, że przywiozłem z bazaru (i zjadłem) niewłaściwe grzyby (a może właśnie te najwłaściwsze): w wodzie tysiące małych kropek świecących na niebiesko, reagujących na wzburzenie wody bardziej intensywnym świeceniem, zostających przez chwilę na skórze po wyjściu z morza. Trochę nie mam pomysłu jak zrobić im dobre zdjęcia, ale może coś wymyślę.
Po powrocie do domu zajrzałem w internety i okazało się, że to całkiem powszechna przypadłość w tutejszych wodach. Co nie zmienia faktu, że doświadczenie fascynujące. Przez chwilę czułem się jak pierwszy człowiek na obcej zupełnie planecie (vide: bardziej Avatar niż Prometheus).
Kolejne więc doświadczenie, jeśli chodzi o interakcje z naturą tutaj. W maju były kraby pustelniki oraz sezon godowy gekonów (i faktycznie, mam teraz w domu wysyp malutkich gekonków, które kryją sie po różnych szparach i skaczą jak opętane, gdy się je spłoszy), teraz fluo planktony. Czekam niecierpliwie na kolejne doświadczenia.
