Cały dzień dzisiaj non-stop w podróży. Khanom jest dobre, bo jest na końcu świata (prawie), ale z drugiej strony, gdy trzeba się stąd wydostać, to logistyka robi się złożona.
★
I tak: najpierw siostrzeniec mojej pani sprzątającej podwiózł mnie pick-upem (pełnym melonów) z mojej wioski do samego Khanom. Stąd minibus AirAsia do Nakhon Si Thammarat, potem lot do Bangkoku, migracja z terminala 2 do terminala 1 lotniska Don Muang (DMK) i po kilku godzinach oczekiwania lot do Ho Chi Minh City. Wszystko to miało oczywiście masę uroku, pomijając pewne drobne uciążliwości, jak na przykład batalion Wietnamczyków, każdy z gigantyczną ilością bagażu, lecących dokładnie tam, gdzie ja. Spryciarze jakąś godzinę przed otwarciem check-inu okopali się wokół wszystkich możliwych stanowisk, zbudowali barykady z pudeł, usiedli na podłodze, po czym większość zasnęła. Ja nie miałem tyle cierpliwości, więc poszedłem na herbatę, a potem musiałem z godzinę czekać w kolejce. I jak tu się dziwić, że Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie (inna sprawa, że przegrali też wszystkie inne – żenujący naród, doprawdy).
★
DMK jest całkiem fajne, jeśli chodzi o loty krajowe, ale terminal międzynarodowy jest absolutnie koszmarny. Mały, strasznie tłumny i generalnie syfiasty. Tłumny w rozumieniu chińskim – pod bramkami naprawdę kłębią się koszmarne ilości homo sapiens. Uznałem, że nie mam żadnego powodu się tak katować i uciekłem do całkiem przystępnie wycenionego saloniku, gdzie byłem sam i, tym samym, bardzo szczęśliwy.
★
Samolot przyleciał do SGN z pół godziny po czasie, po czym straciłem kolejne 30 minut czekając na wystawienie wizy. Co prawda miałem wszystko przygotowane: zaproszenie, formularz, zdjęcia, 25 USD, ale i tak tryby machiny biurokratycznej musiały się nieco pokręcić. Kontrola paszportowa za to zupełnie inna niż – coraz częściej – w TH: zero problemów, pieczątka i po sprawie.
Moje spóźnienie nikogo jednak nie zraziło. Transport zamówiony przez klook.com cierpliwie czekał. Co prawda Pan Taksówkarz (cokolwiek już wiekowy i totalnie zagubiony, ale za to przemiły) się zgubił i musiałem sam nawigować z użyciem google mapsów, ale ostatecznie dotarłem more or less na miejsce. More or less, bo nie tego budynku, co trzeba, ale mili Wietnamczycy, którzy wynajęli mi mieszkanie (oni też czekali), zgarnęli mnie z niewłaściwego lobby i zaprowadzili do lobby właściwego.
★
No właśnie – mieszkam w jakiejś supernowoczesnej kolonii wieżowców, która przywodzi na myśl te szalone chińskie inwestycje – takie, co to w ciągu 2-3 lat potrafią zamienić senną wioskę na końcu świata w milionową metropolię. Moje mieszkanie jest na 49 piętrze! Mam w miarę ciekawy widok na Mekong i Sajgon. W miarę, bo część perspektywy zasłania mi inny wieżowiec (ponoć najwyższy w Wietnamie). Ale za to mam kuchnię połączoną z dużym living roomem i osobną sypialnię: w sumie jakieś 60m dla siebie, czyli optymalnie.
★
Okzauje się, że w HCMC działa pyszne.pl, która tutaj nazywa się vietnammm. Działa też znany z Tajlandii Grab. Generalnie globalizacja, standaryzacja i deregulacja na każdym kroku. Jest też 7/11, które od tajskiego różni się tym, że nie szaleje z klimatyzacją. Moje osiedlowe 7/11 nie miało ryżu (WTF? to tak jakby w faszystowskej rzplitej burackiej nie można było kupić wódki w Żabce), co oznacza, że jutro na śniadanie będą banany z herbatą.
No, a standaryzacja prawie na każdym kroku, bo z tego lokalnego pysznego można zamówić żabę:
Jako że uwielbiam takie eksperymenty, jutro na kolację będą dwie żaby. W ten sposób uda mi się zrealizować to, czego – z braku żab – nie zrealizowałem w Laosie ad 2016.
★
Faktycznie są tu miliony skuterów i motorowerów. Widać to już nawet z samolotu – po ulicach krążą ławice pojedynczych świateł. Ruch jest super powolny, uspokojony i robi wrażenie bardzo bezpiecznego. Jutro postaram się wypożyczyć skuter, co da mi pełną swobodę poruszania się po tym mieście.
★
Co prawda w nocy praktycznie każde miasto jest ładne, ale pierwsze wrażenia z przejazdu po Sajgonie bardzo pozytywne. Szerokie, zadrzewione ulice (niechybnie spadek po francuskim kolonialiźmie), sporo ciekawych klasycznych budynków, bardzo czysto, bardzo (!) spokojny ruch. I masa lewackich symboli wokół, co powoduje, że czuję się jak u siebie. Może uda mi się przywieźć nieco ciekawych materiałów.
Generalnie socjalizm to wspaniała ideologia, tylko czynnik ludzki zawodzi. Podejrzewam, że zadziałałoby, gdyby człowieka zastąpić AI.


