I tak przyszło mi zakończyć kolejną iterację tajską (a w każdym razie jej element prowincjonalny). Strasznie mi szkoda wyjeżdżać z Khanom, ostatnie dwa miesiące były niezywkle udane pod praktycznie każdym względem. Tryb siedzenia tutaj przez 3-4 tygodnie, by potem zrobić krótką przerwę w dużym mieście, sprawdza się znakomicie – zresztą większość tutejszych expatów działa w ten właśnie sposób.
Najbardziej szkoda mi zostawiać dom – w sumie nie mam jeszcze gwarancji, że będę tu mieszkał w grudniu. Z drugiej strony – wynajmowanie domu na rok, żeby w nim mieszkać tylko kilka miesięcy kłóci się moją wrodzoną skłonnością do oszczędzania i generalnie optymalizacji kosztów.
Przede mną kilka dni w Bangkoku, które zapewne spędzę obżerając się sushi i chilloutując w japońskich łaźniach – onsen. Mam już zarezerwowany bardzo ładny skuter – Yamahę Aerox – więc, o ile tylko monsun nie pokrzyżuje mi planów, pojeżdżę też nieco po molochu wieczorami.
Niestety, tryb nomadyczny ma to do siebie, że wciąga i stopniowo przestaje się mieć ochotę na powroty do domu. No, ale stopniowo: dwa lata temu dopiero wdrażałem się w nomadyzm, w zeszłym roku byłem o krok od zrealizowania planu, ale ostatecznie stwierdziłem, że projekt, w który byłem zaangażowany jest za mało perspektywiczny (i za mało dochodowy). Dopiero w tym roku udało mi się temat w pełni wprowadzić w życie. Jeśli ten trend się utrzyma, to kto wie, jak rzecz wyewoluuje w ciągu kolejnych 2-3 lat?
Za to Bangkok jak zwykle stymulujący – bardzo dużo energii ma to miasto, szczególnie moja druga ulubiona dzielnica – Thong Lo, która z roku na rok rozwija się coraz bardziej.
