dom po remontach.

No i udało się, dom się pomalował, wróciłem więc niemal w to samo miejsce, w którym mieszkałem w maju, czerwcu, sierpniu i wrześniu. Niemal, bo do domu obok. Ale też dwa kroki od plaży. Nowy dom pachnie farbą i ma duże drzewo (figowca) od strony kuchennego wejścia.

Wszystko wskazuje na to, że zostanę tu do końca lutego, a może nawet kilka miesięcy dłużej – zobaczymy jak szybko włączy mi się wanderlust. Zresztą, nawet jeśli się włączy, to w planach wiosennych mam objazd Laosu albo Malezji skuterem. Czy będzie mi się chciało te plany realizować, to zupełnie inna kwestia.

Baan Miro.

Pogodowo mamy jesień. Zimowy monsun w natarciu, mokro i zimno (ok. 30C), morze szaleje, ludzi nie ma, psy śpią po kątach, zasadniczo idealne warunki jak na moje samotnicze potrzeby. Ciśnienie jest tak niskie, że dzisiaj, wbrew wszelkim swoim zasadom, wypiłem red bulla. Najwyraźniej na monsunowe niże trzeba mocniejszego stuffu, bo pół godziny później poszedłem spać.

Rozszalałe morze wyrzuca na brzeg coraz ciekawsze rzeczy:

Kałamarnicówki.

Ostatnio znalazłem kolejną z wielkich żarówek, które lokalni rybacy wykorzystują do wabienia kałamarnic (kalmarów). Oczyszczone z piasku i różnych osadów ładnie prezentują się na stole – jak komponenty jakiegoś steampunkowego urządzenia. Widziałem też kilka zerwanych pływaków od sieci. Powiązane konopnym sznurem powinny dobrze prezentować się na werandzie.

Monsunowe Khanom wygląda niezwykle uroczo. Ze wzgórz unoszą się gęste mgły, wszystko jest soczyście zielone, wegetacja dostała mega impulsu. Cześć pól jest pozalewana i lokalsi wysiali tam ryż, który chyba lubią miejscowe bocianowate, bo urzędują tam gromadnie. Nota bene, muszę sprawdzić, co to za ptaki – wylądają trochę jak nasze bociany, ale są dużo mniejsze i nie mają czerwonych dziobów. Początkowo myślałem, że to ibisy, ale te wyglądają jeszcze inaczej.

Pola po deszczach.

Pola po deszczach.

Bawół.

Leave a Reply