i po monsunie.

Po prawie trzech tygodniach deszczu, chłodu, chmur, powodzi i ciśnienia tak niskiego, że czułem się, jakby ktoś włożył mi głowę w imadło i powoli dokręcał śrubę, monsun zniknął. Morze powoli się uspokaja, śmiecie z plaży stopniowo znikają, jest gorąco, słonecznie i cokolwiek rajsko.

To najpewniej jedynie tymczasowa poprawa, bo zimowy monsun trwa gdzieś do końca stycznia, natomiast jest szansa, że kolejne tygodnie będą już nieco łagodniejsze.

Okolica powoli wchodzi w szczyt wysokiego sezonu, widać więcej farangów, pojawiają się też okazjonalne autokary chińczyków. Wczoraj wieczorem na plaży spotkałem nawet trójkę kathoey, co jest w Khanom totalną rzadkością. Byli bardzo mili i nie próbowali namówić mnie na żadne perwersje. Zresztą może niepotrzebnie wrzucam ich (je) wszystkich do jednego worka, zapewne tylko niewielka część z nich, pracujących w lokalnym seksbiznesie, tworzy negatywny obraz całej społeczności. W sumie podobnie jest z obiegową opinią, popularną wśród osób o nikłej znajomości świata , pośledniej inteligencji i prowincjonalnej proweniencji (vide: słój, ćwok, wsiór, kmiot, siłą-oderwany-od-pługa etc.) na temat białasów w TH. Wbrew tejże opinii, nie każdy farang przyjeżdża tutaj, żeby chlać od rana do wieczora w klubach z dziwkami.

Wraz z odejściem deszczów, wróciła mi ochota to aktywności fizycznych i zacząłem wieczorami biegać po plaży. Tym razem biegam boso, co powoduje, że łydki pracują o wiele intensywniej, porankami chodzę więc jak paralityk, walcząc z “zakwasami” (de facto mikrourazami).

Z większą intensywnością robię też zazeny. Jednak homo sapiens vs pogoda to bardzo nierówna walka.

Eksploracje kina azjatyckiego trwają. Bardzo polecam uroczy art-house’owy niby-kryminał w czerni i bieli – The Great Buddha +.

Leave a Reply