Wczoraj uniwersalne święto, więc mogłem nieco odpocząć od pracy i poświęcić dzień na eksploracje okolicy. Praca z Malezji ma to do siebie, że w okresie zimowym jest aż 7h różnicy między czasem lokalnym a środkowoeuropejskim (w TH 6h w zimie i 5h w lecie), więc można pierwszą część dnia poświęcić na przyjemności, a następnie pracować od gdzies od 1200 do 2000, zachowując wciąż całkiem niezłe pokrycie z czasem w PL i okolicach.
To, co prawda, oznacza, że ma się nieco krótszy wieczór do dyspozycji, ale coś za coś – stanowisko pracy nie pozostawia wiele do życzenia.
Pojechałem więc zobaczyć swiątynię Kek Lok Si. Nie mam specjalnego doświadczenia, ani wiedzy, jeśli chodzi o chiński buddyzm – na długiej liście lektur czeka kilka pozycji w tym temacie – więc pomijając fakt, że kojarzę Buddę Amithabhę, temat jest mi względnie obcy. Świątynia ładna, w typowo wschodnim stylu, bardziej kojarząca się taoizmem niż buddyzmem, do tego położona na stokach zalesionych wzgórz z pięknymi widokami na wyspę. I z chłodną bryzą, co przy tutejszej aurze ma spore znaczenie. Słońce, mimo morskiego klimatu, daje się tu we znaki bardziej niż w Khanom.
No, ale świątynia to była dopiero początek atrakcji. Jadąc do niej, zwróciłem uwagę na krętą drogę w górę. Zostawiwszy świątynię, nie myśląc za wiele, ruszyłem rzeczoną drogą, która okazała się urocza. Po drodze tropikalne lasy, pełno małych, kudłatych małp, a na samej górze spory zbiornik (zalew) i tama – Air Itam. Niesamowicie urocze miejsce.
Na górze zaczepiła mnie lokalka, Ching, która – jak się okazało – też jest buddystką, tyle że z odłamu Nichiren i mocno związana z ruchem Soka Gakkai. Nie będę ukrywał, że nie słyszałem o nich wcześniej, natomiast to, co przeczytałem post-factum, raczej nie nastraja pozytywnie. Jednak i w buddyźmie pojawiają się sektarianizm, ruchy skrajne, stawiające się ponad pozostałymi odmianami buddyzmu. Co nie zmienia faktu, że przeprowadziliśmy całkiem ciekawą konwersację. De facto jest to podwójnie ciekawe, bo ja zasadniczo z nikim nie gadam, gdyż od ludzi wolę psy, gekony i własne towarzystwo. Potem zostałem zaproszony do domu, gdzie zajrzałem po obejrzeniu lokalnych wzgórz. Zostałem poczęstowany zupą z kukurydzy, wysłuchałem całej historii życia Ching (z dużym naciskiem na nieszczęścia i dramaty) oraz zostałem poddany poważnej indoktrynacji, jeśli chodzi o buddyzm Soka Gakkai (co nie trafiło na podatny grunt, jako że mnie do buddyzmu przyciągnęła otwartość, podejście dialektyczne, focus na myślenie krytyczne i tolerancja). Tutaj konwersacja zamieniła się w monolog, co nie zmienia faktu, że dowiedziałem się kilku nowych rzeczy. Z ciekawostek – Ching prowadzi stragan, gdzie sprzedaje herbatę napar z chryzantem. Importowanych z Chin, bowiem na Penangu chryzantema nie rośnie, ze względu na mało przyjazną dla delikatnych kwiatów aurę, jak sądzę. Może nawet odwiedzę jutro.
No dobrze, ale wciąż jesteśmy na górze. Po chwili spędzonej nad zalewem pojechałem skutem na wzgórza. Początkowo piękną asfaltową drogą (za szlabanem, więc nie do końca byłem pewien, czy można mi tam wjechać, ale nikt nie protestował), a potem już z grubsza wybetonowanymi ścieżkami przez dżunglę. Czułem się nieco jak ciul, bowiem lokalsi chodzą tam na hiking, co nie zmienia faktu, że leśnicy i pracownicy nielicznych plantacji w rejonie jeżdżą tamtędy na skuterach, co mnie częściowo rozgrzesza. Okolice piękne, przy kolejnej wizycie tutaj pójdę tam piechotą. Drogi wiją się stromymi, zalesionymi dolinami, obok potoki, małe wodospady i typowa indochińska dżungla. Po drugiej stronie wzgórz zaczynają się tarasowe plantacje, na których rosną zupełnie mi nie znane rośliny – muszę zrobić research. Super cicho, atmosfera totalnego oderwania od cywilizacji, która jest 10 minut drogi w dół. Muszę przyznać, że totalnie zauroczyła mnie ta wyspa… Ostatnim razem byłem tu piechotą i nie bardzo miałem jak eskplorować, ale ta wizyta nieco poszerzyła moje horyzonty. Może nawet wrócę tu za miesiąc na chiński nowy rok… Co prawda w zeszłym roku odgrażałem się, że pojadę na kilka miesięcy do HCMC, a ostatecznie skońzcyłem w Khanom, więc może i tym razem mi przejdzie po kilku dniach.
Aha, no i niezwykle zabawna sprawa – nie wziąłem lustrzanki, bo jechałem tu tylko z małą, podręczną torbą i nie chciało mi się targać dodatkowych kg. I co? I teraz żałuję, bo mam tu masę okazji do zrobienia dobrych zdjęć. Muszę chyba zainwestować w dobry reporterski kompakt (taki FujiFilm X100F chodzi mi po głowie) i używać go jako alternatywy do dSLRa. Na razie wszystkie zdjęcia z koma.






