chmury.

Cyklon Pabuk szaleje, a jego wpływ daje się odczuć w całym rejonie. Miałem kilka ambitnych planów na dzisiejsze przedpołudnie, ale ze wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, co chwila mżyło i wszystko wskazywało na to, że już za moment zacznie się monsunowe pandemonium.

Wyrwałem się na chwilę z domu, żeby wjechać na Penang Hill, najwyższe chyba wzgórze na wyspie, ale okazało się, że – mimo jasnych wskazówek google maps – nie da się tam wjechać skutem. Już nic nie rozumiem – wszak jeśli google coś mówi, to musi to być obiektywna i niepodważalna prawda. Pan, który pilnował szlabanu, chyba byłby skłonny dać mi przepustkę za 10 albo 20 ringitów, ale jakoś nie uchwyciłem jego intencji w lot, dopiero później dotarła do mnie istota rzeczy… Ale ja jestem z natury niewinny, chyba nigdy w życiu nie dałem nikomu żadnej łapówki. Inna rzecz, że wielokrotnie nastawiałem się mentalnie na podobne przejścia z tajską policją, która korupcję ma wpisaną w core values, natomiast nikt mnie nigdy nie zatrzymał.

Chmury.

I tak się to ciągnęło cały dzień. Ostatecznie nic z tego nie wyniknęło, poza słabawymi mżawkami.

Zajrzałem też do ciekawej herbaciarni (一品軒) na Jalan Hutton – ulicy, na której mieszkałem dwa lata temu. Fajne miejsce, ale drogie, a do tego nie było mojej ulubionej zielonej herby – Lung Ching.

Po pracy pojechałem więc na napar z chryzantem, ale nie udało mi się znaleźć nowej koleżanki – być może było już po chryzantemowym tea time, być może szukałem w złym miejscu. Co nie zmienia faktu, że pokonałem na skucie kawał wyspy, i to akurat o zachodzie słońca i świeżo po zmroku, plus trafiłem w kilka bardzo lokalnych miejsc, gdzie łysy białas z malą na nadgarstku wzbudzał żywe i przyjazne zainteresowanie. W ogóle mala tutaj bardzo zwraca uwagę i od razu otwiera pewne drzwi – właściciel herbaciarni wspomnianej wyżej też się nią zainteresował i polecił mi cotygodniowe medytacje i mowy dharmy w Penang Buddhist Association. A gdy usłyszał, że jestem z PL, to nawet zrobił sobie ze mną zdjęcie i pochwalił się, że był w zeszłym roku na wywczasie w Krakowie i obejrzał Wieliczkę.

Podczas przedwczorajszych eskapad na wzgórzach znalazłem na przełęczy przyczepione do suchych gałązek małe kartki:

Hash na Penangu.

Hash (House Harriers) (vide: wiki) to takie nieformalne grupy na całym świecie, które raz w tygodniu spotykają się na bieganie i piwo. Oficjane motto to chyba drinkers with a running problem. ;-)

I tak wychodzi na to, że po trzech dniach w GT mam już gdzie medytować, z kim biegać, znam lokalne sklepy, malle i bazary z jedzeniem, wiem, gdzie chciałbym mieszkać, gdzie spędzać weekendy z dala od miasta, skąd wziąć skuter, czego unikać etc. Wszystkie elementy układanki coś szybko wskakują na swoje miejsce. Rozumiem, że wyspa jest mała, ale tak czy inaczej.
Do tego wynajem mieszkań jest tu super tani – dla przykładu, 500 m2 condo z widokiem na morze można wynajać już za jakieś 6-7k PLN. Nie wiem co prawda po co mi 500 m2 (chyba, że do jazdy rowerem), ale to dobry prognostyk, jeśli chodzi o mniejsze metraże.

Tymczasem, wspomniany wcześniej sztorm nieubłaganie zbliża się do Khanom. Lokalsi nie desperują: Bonat, moja nauczycielka, raczej spokojna, landlord też, więc może to tylko hype medialny. Filmy z morza jednakowoż wyglądają przerażająco:

Leave a Reply