No i Bangkok mnie wciągnął, jak zawsze. Jednak strasznie lubię to miasto. Zatrzymałem się początkowo w nieznanym mi jeszcze miejscu przy Sukhumvit Soi 26 (Phrom Phong), ale nie pasowało mi specjalnie, więc wróciłem w znane mi klimaty Ekkamai.
Wypożyczyłem nowiutką Hondę Click 150i. Nieco większy silnik, bardzo płynnie przyspiesza i hamuje, jest super zwrotna i znakomicie sprawdza się na tutejszych ulicach. Co prawda drugiego dnia zaliczyłem mały slide na parkingu podziemnym w T21 (nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby parking wyłożyć marmuropodobnym śliskim czymś) i Honda nie jest już taka new. ;-) Zobaczymy co powie owner.
Smog najwyraźniej się mnie wystraszył, bo po 2-3 dniach zupełnie zniknął.
Jak zwykle spędzam masę czasu w onsenach. W ogóle lubię wszelkie klimaty łaźniowe i saunowe, ale temat w wydaniu japońskim totalnie mnie porwał. Mój ulubiony onsen otworzył też restaurację on premises, więc można tam spędzić i cały dzień. Co prawda nie udało mi się jeszcze przekroczyć 5h, ale wszystko przede mną.
Różne lokalne organizacje buddyjskie nie próżnują, więc miałem też okazję wziąć udział w wykładzie i dyskusji na temat myślenia krytycznego w buddyźmie. Jako że myśleniem krytycznym zajmuję się poniekąd zawodowo, mam wrażenie, że nieco zdominowałem dyskusję, co nie zmienia faktu, że było to ciekawe doświadczenie. Poznałem też nowe miejsce – siedzibę World Fellowship of Buddhists w parku Benjasiri. Sam park jak miniatura Central Parku – mały prostokąt zieleni otoczony wieżowcami. A siedziba jak nieco zapomniana filia prowincjonalnego uniwersytetu, albo jak stara, zakurzona biblioteka. Czas płynie tam ze trzy razy wolniej. Na ścianie ciekawostka – tablica ze zdjęciem króla Bhumibhola z czasów mnisich:
Dzień później Chi Gong i medytacja w Rojana Dharma Foundation, razem z Little Bangkok Sangha.
Do tego joga w Yoga Elements! Zaniedbałem jogę przez ostatnie miesiące i teraz po 1,5h sesji czuję się jak inwalida wojenny.
Czuje się fizycznie i duchowo zregenerowany. Byłem nawet na dwóch randkach z uroczą Chinką poznaną na buddyjskich spotkaniach. Doprawdy, to miasto jest takie stymulujące. Co prawda Chinka później przynała się, że jest mężatką i stwierdziła, że boi się dalej spotykać. Straszna szkoda, bardzo wszak dobrze wspomniam swoje (nieliczne, niestety) relacje z mężatkami.
Wieczorami tradycyjnie włóczę się na skucie. Pojechałem m. in. do Wat Arun. Bardzo piękna trasa przez dużą część BKK, do tego świątynia pięknie oświetlona po zmroku. W dzień musi to być totalne piekło – nawet po godzinach widać, że to jedna z głównych “atrakcji turystycznych” BKK. Posiedziałem też nieco nad rzeką obserwując nieprzerwany ciąg statków wycieczkowych… Z miejsc, w których się zatrzymuję, tego nie widać, ale mamy teraz w TH szczyt sezonu. Czasem przypadkiem trafi się gdzieś w jakieś miejsce z przewodnikowych list i przez chwilę trzeba walczyć z małym dysonansem poznawczym – co robią tu te wszystkie blade i tłuste farangi?!
Baht się umocnił chyba z 15% przez ostanie miesiące i wszystko nagle zrobiło się wyraźnie droższe. Sam Bangkok trafił niedawno na listę najdroższych miast na świecie, więc dochodzi do tego też lokalna inflacja cen. W sumie nieciekawa sprawa – lokalsi nie zarabiają więcej niż zarabiali, a dyspropocje, jeśli chodzi o poziom zamożności są tutaj dramatycznie duże i z każdym rokiem rosną.




