praktyki.

Jako że Penang jest multikulturowy, jest również multireligijny. I tak, obok siebie koegzystują chrześcijaństwo, buddyzm (który, co prawda nie jest do końca religią), hinduizm, islam i taoizm. Zapewne tak jak w przypadku buddyzmu, mamy rozmaite wewnętrzne bifurkacje, i pełne spektrum duchowe jest mocno złożone.

Sam mam focus stricte buddyjski i czuję się tu trochę jak dharmiczny lis w kurniku.

Szczególnie, że łączę praktykę (Zen Soto) z nieśmiałymi działaniami akademickimi – wcześniej czy później będę chciał te działania sformalizować i zostać magistrem, a z czasem może doktorem buddyzmu, ale to plan na nieco późniejszą część życia. I tak, do tej pory udało mi się znaleźć urocze centrum Zen Haeng Won działające w ramach koreańskiej szkoły Kwan Um – to tutaj jeżdżę praktykować, theravadyjską swiątynię birmańską (tu też czasem wpadam na śpiewy i medytacje – z niektórymi ceremoniami theravadyjskimi jestem już mocno oswojony, bo to dominujący nurt w Tajlandii), kilka schowanych we wzgórzach ośrodków medytacji, albo centrów dharmy nie związanych z żadną konkretną odmianą buddyzmu, ośrodek zachodniego odłamu vajrayany (New Kadampa), ośrodek Soka Gokkai (ale tam się nie wybieram, bo to cokolwiek sekciarskie ugrupowanie), dużą sanghę świeckich buddystów w Butterworth. W George Town jest jeszcze duży ośrodek Malaysian Buddhist Society, gdzie wciąż muszę się wybrać na rekonesans. A to dopiero początek. Może z czasem zrobię z tego jakiś mały przewodnik dla ciekawskich buddystów na wyspie.

Zabawna sprawa, ale we wspomnianym wyżej ośrodku Zen pierwszy raz byłem akurat w trakcie wizyty mnichów z Ukrainy (teraz co prawda już z Korei). Okazało się, że praktykowali w tej samej polskiej sanga co ja – Dogen Zenji i nawet znamy te same osoby z tej sangha. Pogadaliśmy też po polsku. Świat, jak widać, jest mały. Szkoła Kwan Um ma też filię pod Warszawą, w Falenicy, byłem tam nawet raz, ale towarzystwo mało przyjazne i lekko nadęte – typowo polskie, zero otwartości.

Bardzo fajny jest kontrast między praktyką w świątyni birmańskiej a w szkole zen. Ta pierwsza jest całkowicie hermetyczna, mnisi ledwie co mówią po angielsku (i zupełnie nie wiedzą, co zrobić z takim Miro, który niespodziewanie generuje im dysonans poznawczy i wytrąca z sennej rutyny), na praktykę przychodzą praktycznie sami starsi ludzie, a w świątyni dominuje kiczowata stylistyka jasełkowego buddyzmu z prowincjonalnej SE Azji. Zrobię trochę zdjęć przy okazji, bo to ciekawy kejs, a tymczasem można rzucić okiem na galerię z bangkockiej Wat Mahabut, bo stylistyka jest zbliżona.

Z kolei koreańska szkoła Zen totalnie międzynarodowa. Mowy dharmy (interesujące całkiem zresztą) po angielsku i tłumaczone na chiński. Towarzystwo ze wszystkich stron świata, regularne wizyty mistrzów Zen z różnych krajów i generalnie klimat ogólnego otwarcia na świat i ludzi. Mów dharmy można posłuchać na stronie FB szkoły.

Leave a Reply