I tak, został mi niecały tydzień na Penangu. Trochę mi będzie szkoda wyjeżdżać, bo oswoiłem wyspę, wpadłem w pewien lokalny rytm (co też obija się na mojej aktywności na YK) poznałem masę ciekawych miejsc, kilka ciekawych osób i w sumie bez większych rozterek mógłbym tu osiąść na dłużej. No, ale na to jeszcze przyjdzie czas, na razie wanderlust nie odpuszcza i jestem podekscytowany zbliżającym się tygodniem w Bangkoku (niezupełnie przypadkiem będę tam akurat podczas koronacji nowego króla), a potem kilkoma cichymi tygodniami w Khanom.
Ze zdjęć w internetach wynika, że morze w Khanom uspokoiło się, w lutym oswoiłem też sąsiada, który ma kilka morskich kajaków, więc być może uda mi się wyprawić na kilka odciętych od świata plaż (i wysepek), które wypatrzyłem na mapach podczas wycieczek wzdłuż wschodniego wybrzeża południowej TH.
Jest też szansa, że załapię się akurat na początek letniego tajskeigo monsunu, który zaczyna się gdzieś pod koniec maja. Jeśli się uda, to będzie to trzeci monsun w ciągu pół roku! Zaczynam czuć się trochę jak Alexander Frater, który z gonitwy za monsunem zrobił całkiem uroczą książkę.
U nas monsun na razie skromny – co kilka dni potężny deszcz (taki wielogodzinny), nad wzgórzami gromadzą się gigantyczne cumulonimbusy i można obserwować jak ściana deszczu (która wygląda jak bardzo gęsta mgła) powoli przesuwa się na wschód, w stronę stałego lądu, po drodze zahaczając o mój balkon.
Gdzieś na początku czerwca zahaczę o rz-plitą buracką na kilka tygodni, by z końcem czerwca zacząć kolejną, fascynującą i, jeśli dobrze pójdzie, wieloetapową przygodę – nie będzie łatwo, ale być może wytrzymam. Dawno nie planowałem czegoś z tak dużym wyprzedzeniem, ostatnimi czasy ruszam w drogę nieco bardziej impulsywnie, i muszę przyznać, że takie wielomiesięczne oczekiwanie ma swój urok.

