Powiedzmy to wprost: moje plany na transformację YK w dziennik niezwykle personalny, głęboki, emocjonalnie ekshibicjonistyczny, autopsychoanalityczny, a może nawet dekonstruktywistyczny na płaszczyźnie osobowościowej, nie powiodły się. I całe szczęście.
Za to udało mi się odpocząć od pisaniny, fotografii, podróży i całej reszty. Zrezygnowałem z nauki tybetańskiego w nepalskim klasztorze i spędziłem prawie 5 miesięcy w PL, oswajając działkę na Młocinach (tak, to już ten wiek, gdy człowiek spędza czas pielęgnując inspekty i obserwując przemijające pory roku), medytując, czytając coraz to bardziej zaawansowane teksty theravadyjskie, ucząc się jeździć na prawdziwym, dużym i ciężkim motocyklu z manualną skrzynią biegów i wreszcie szukając projektu, który pozwoli mi zostać prawdziwym cyfrowym nomadą, bez rozmaitych zgniłych kompromisów.
Byłem też na wyborach, których wyniki wprowadziły sporo cudownego zamieszania w szeregi populistycznych faszystów. Mój kandydat, Adrian Zandberg, dostał się do sejmu z warszawskiej jedynki, co mnie, starego lewaka nawet nie tyle cieszy, co wprawia w stany euforyczne. Lewicy zdecydowanie brakowało ostatnio na polskiej scenie politycznej.
https://www.youtube.com/watch?v=UEz-0RN1138
Wszystkie te wątki zmierzają ku szczęśliwemu finałowi, bilet do Azji zabukowany, w planach kolejna zima (i zapewne też wiosna) w podróży. Przez chwilę planowałem nawet zmienić cel podróży na Afrykę, konkretnie małą wyspę niedaleko Madagaskaru, Mauritius, ale nowo nabyte skillsy motocyklowe proszą się o większy rejon do eksploracji.
Nie wiem jeszcze, co z tego wszystkiego wyniknie, ale będę pilnie raportował. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.
