Bazylea.

I znowu jestem w Szwajcarii, tym razem w Bazylei. Co prawda większość czasu spędzam zamknięty w korporacyjnych kazamatach, więc nie bardzo mam kiedy oglądać miasto.

Za oknem piękny Ren, po którym regularnie pływają spore barki i trochę mniejszych jednostek, co wyraźnie stymuluje z trudem tłumiony wanderlust (zostało mi 12 dni do kolejnej ucieczki w monsunowe tropiki).

W Bazylei, poza typowym Szwajcarskim porządkiem, rzuca się w oczy totalne zroweryzowanie społeczeństwa. Jeśli dobrze pamiętam, to nawet większe niż w Zurychu. Tak na przykład wygląda jeden z wielu firmowych stojaków:

Coś takiego powinno stanąć przy każdej stacji metra w Warszawie.

Zaczął się właśnie wielki strajk Lufthansy i przez chwilę miałem nadzieję, że nie będę miał jak wrócić do domu i utknę na kilka dni w ZRH, skąd lecę do PL. Niestety, Swiss nie strajkuje i wszystko wskazuje na to, że podróż powrotna będzie cokolwiek uneventful.

Kilka dni spędzonych w trybie biurowym 9-17 nieco szokujące – zdarza mi się to coraz rzadziej i zupełnie mi tego nie brakuje. Mój dzień pracy zwykle wygląda tak, że trochę popracuję z domu (gdziekolwiek akurat jest), potem przenoszę się do kawiarni albo parku, potem gdzieś nad wodę, o ile mam pod ręką, czy na inne łono natury. I tak w ciągu dnia kilka razy zmieniam lokalizację, ciągle się coś dzieje, często udaje mi się lunch wymienić na sesję na siłowni etc. Siedzenie w jednym pomieszczeniu przez cały dzień, z zerowymi opcjami ucieczki, jest męczące i frustrujące. Na szczęście to tylko chwilowe.

Leave a Reply