2019-12-10.

Czerwony potwór + Wasz niestrudzony.

W królestwie kolejny tydzień chłodów. Wieczory w Bangkoku mega komfortowe, można nawet chodzić w lekkiej kurtce. Na skuterze marznie się bez długiego rękawa i czegoś na szyję. Wszystko wskazuje na to, że taka pogoda utrzyma się do końca roku.

Co mi zresztą bardzo odpowiada, bo dzisiaj rano odebrałem czerwonego potwora ❤, na którym w czwartek rano ruszę na północ. Tajowie z kolei kiepsko znoszą takie temperatury i na północy były nawet przypadki śmierci z wychłodzenia. Sam do samolotu z PL wsiadłem w lekkiej puchówce, więc jest szansa, że jakoś przetrwam chłodne zimowe wieczory w tropikach.



Moja wycieczka przesunęła się o jeden dzień, bo w Tajlandii święto konstytucji. Nota bene obchody święta konstytucji w kraju rządzonym przez juntę to w sumie całkiem zabawna sprawa. Udało mi się natomiast wydobyć z ambasady niezbędne dokumenty. Jak pisałem wcześniej, cała instytucja nastawiona jest teraz na zniechęcenie potencjalnych interesantów i wykonanie jak najmniejszej pracy. Uzyskanie głupiej pieczątki poświadczającej podpis wymaga dwóch tygodni oczekiwania i dwóch wizyt. W samej ambasadzie atmosfera wakacyjna, panie żartują sobie popijając herbatę, obsługiwana jest średnio pewnie jedna osoba na 30 minut. Dobra zmiana w pełnej krasie.


Przestawienie się ze skutera na manualną CRFkę zajęło chwilę. Było nieco szarpania i rzężenia, ale po kilkunastu km w bangkockich korkach oswoiłem się z nową przyjaciółką. I trochę spociłem – wcale nie od słońca.

Poniżej potwór w całej okazałości:

CRFka.

CRFka en face.

Trochę żałuję, że motor nie jest mój, ale mam możliwość przejścia na opcję rent-to-buy albo kupienia go post-factum. Za to przez najbliższy miesiąc będę miał dosyć czasu, żeby ocenić, czy duale mi odpowiadają, czy nie potrzebuję większego silnika, czy spędzanie kilku h dziennie na motorze jest przyjemne, czy zmiana biegów jest fajna, czy to może to jednak anachronizm i trzeba myśleć o motorze z automatem etc.


Potwór na filmie:


Tajskie władze chyba czytają ten dziennik ;-), bo w kilka dni po moich narzekaniach na lokalne immigration, szef tegoż immigration delikatnie skarcił swoich minionów: “nie zachowujcie się już jak gestapo, potrzebujemy kasy od turystów, więc musimy być dla nich mili”. Duży plus za szczerość.

Inny urzędnik z kolei zapowiada nowe wizy, a średnio raz na tydzień w lokalnej prasie pojawiają się entuzjastyczne prognozy wizyt milionów zamożnych turystów (czasem z Indii, czasem z Rosji, ostatnio z Laosu (!)), którzy już czekają na walizkach, by zaraz ruszyć do LOS i wydawać tu po 10k THB dziennie (tak, tak – takie kwoty są regularnie podawane przez lokalną propagandę).

Czyżby wizja stopniowo bankrutującego przemysłu turystycznego nieco wystraszyła co poniektórych? Obawiam się, że trochę za późno na takie reakcje – kryzys się rozkręca i nikt nie ma pomysłu jak go powstrzymać.

Leave a Reply