Miałem plan, żeby wstać ok. 0700 i chwilę po 0800 ruszyć w drogę, ale nieco się stresowałem i obudziłem się przed 0500, w sumie całkiem wyspany (choć moja twarz wskazywała na coś innego). Ruszyłem więc nieco po 0600.
Udało mi się uniknąć większości korków w Bangkoku, chociaż to miasto ma to do siebie, że nigdy nie śpi, więc nawet o tak barbarzyńskiej porze na drogach była masa samochodów.
Zasadniczo, pomijając kilka osobistych rekordów (najdłuższy dystans na motocyklu ever, najwyższa prędkość na motocyklu ever, coś jeszcze – zapomniałem), podróż bezproblemowa i – gdy już nieco ochłonąłem z pierwszych emocji – nieco nudnawa. Centralna Tajlandia nie jest najpiękniejsza, dziesiątkami kilometrów ciągnie się sprawl Bangkoku, a potem mało interesujące przydrożne miasta. Nieco ciekawiej zaczęło się robić w okolicach Phitsanoluk, ale to już praktycznie północ kraju, która jest o wiele ciekawsza.
Potwór dużo pali i ma niewielki bak, więc muszę pilnować stacji. Jest to mało aerodynamiczny motor, więc najlepiej jedzie się 80-90 km/h albo wolniej. Powyżej 100 km/h spore opory powietrza, trochę wibracji, boli szyja i ramiona, zasadniczo nic przyjemnego. Rozpędziłem się raz do 130 km/h, kilka razy do 120 km/h, ale to ma sens tylko przy wyprzedzaniu. Motocykl jest stabilny, ale wspomniane wcześniej opory i wibracje są niezbyt przyjemne.
Bardzo fajnie sprawdza się kask, kurtka i rękawice, które kupiłem przed wyjazdem. Specjalnie na nich nie oszczędzałem i to była dobra decyzja. Żałuję, że nie udało mi się kupić butów – nie było mojego rozmiaru, w ferworze walki nie bardzo miałem ochotę łazić po sklepach i ostatecznie pojechałem bez. Kupiłem jakieś trekkingowe buty w Decathlonie w Bangkoku – są OK, ale to nie są dedykowane buty motocyklowe.
Miałem dzisiaj pierwsze spotkanie z tajską policją. Gdzieś przed Phitsanulok zostałem zatrzymany na kontrolę. Officer obejrzał motor, sprawdził ubezpieczenie i prawo jazdy, zapytał dokąd jadę i puścił mnie wolno. Miła odmiana po tych wszystkich horror stories o skorumpowanych policjantach, jakie czyta się na forach.
W Phitsanoluk zatrzymałem się pod miastem, niedaleko rzeki Nan. Wieczorem pojechałem na małą wycieczkę wzdłuż rzeki. Bardzo uroczo. Rzeka Nan przypomina nieco rzekę we wschodnim Bangladeszu, którą spływałem kilka lat temu. Nieoczekiwanie trafiłem na wiszący metalowy most, który z kolei kojarzył się Nepalem.
Motor zapakowany na wyjazd wygląda następująco:
Jak widać, jestem totalnie nieprzygotowany bagażowo – nie mam tankbaga, tylnego kufra, sakw, nic. Przytroczyłem tylko swoją wierną płócienną torbę przy użyciu tzw. bungies i zadowolony z siebie ruszyłem w drogę. Nie jest to w sumie problem, ale przydałby się tankbag – na aparat, wodę, portfel etc.
Muszę wymyślić co robić z filmami – z kamerką na kasku albo na szelkach z przodu można bezwysiłkowo nagrywać masę materiału. Tylko jak go potem obrobić, żeby nie zanudzić siebie i wszystkich dookoła?

