2019-12-28 – Samut Songkhram-Huay Yang.

Dzisiaj niecałe 300 km – tak na granicy komfortu. Sporo jechałem bocznymi drogami, gdzie bez kompleksów można jechać ok. 60-70 kmh, co daje możliwość obserwacji krajobrazu i generalnie wejścia w stan skupionego relaksu, nieco podobnego do rozmaitych medytacyjnych praktyk uważności.

Na drodze szybkiego ruchu nieco z tym trudniej, szczególnie teraz, gdy pół Tajlandii jedzie na noworoczne wakacje. A Tajowie, jak ogólnie wiadomo, jeżdżą bardzo źle. Wszędzie masa policji – nie wiem, czy to kwestia kamerki na kasku (ergo obawy przed całkowitą i nieodwracalną utratą twarzy, gdy cały świat dowie się, że tajska policja to po angielsku ani słowa), czy po prostu pewnej, normalnej jazdy, ale goście w ogóle nie zwracają na mnie uwagi.

Wstałem o 0600, żeby wyruszyć w miarę wcześnie, ale poranny deszcz pokrzyżował mi plany – poczekałem chwilę aż drogi przeschną. Myślałem, że to tylko lokalny shower, niefrasobliwie przelotny poranny opad konwekcyjny, ale kilka godzin później okazało się, że zupełnie nie.

Pani hotelowa z pastelowej makabryły chciała zbyć mnie kawą trzy-w-jednym i waflem na śniadanie, ale wykazałem się pewną znajomością tajskiej kuchni (i tajskiego) i zagoniłem ją garów (no ba!) I tak dostałem całkiem smakowity ryż smażony z jakiem, warzywami i wielkimi krewetkami. I jajko sadzone na wierzch.

Zabawne, że kiedy powiedziałem kilka relatywnie składnych zdań po tajsku, zarówno Pani hotelowa, jak i jej młodzi pomocnicy zaczęli mówić do siebie szeptem.

Z Samut Songkhram do Huay Yang.

Początkowo dalej jechałem przez płaskie i zalewowe tereny z fabrykami soli i fermami krewetek. Potem powoli zaczęło się robić nieco bardziej górzysto, pojawiło się więcej zieleni i generalnie pewien krajobrazowy schemat, który dobrze znam z Khanom – a także Malezji: z płaskiej jak stół równiny nagle wyrastają postrzępione, skaliste wzgórza.

Przejechałem przez Hua Hin, które sprawia wrażenie autonomicznej republiki farangów. Absolutne stada cudzoziemców. Jeśli się nie mylę, to miasto to jest szczególnie popularne wśród Norwegów, Szwedów etc.

Zboczyłem z głównej drogi, żeby przejechać przez park narodowy Khao Sam Roi Yot, gdzie złapał mnie już całkiem poważny deszcz. Wzgórza w parku zasnute ciemnymi chmurami, zimno, ślisko i nieprzyjemnie. Minęła mnie spora grupa motocyklistów. Większość dobrze wyposażona, ale był osobnik na sportowym motocyklu ubrany w cienką, przemoczoną koszulkę. WTF? Już pomijam kwestie utraty skóry przy upadku, ale ciało dramatycznie mocno się wychładza w mokrym ubraniu przy nawet dosyć spokojnej prędkości. Kiedyś w Khanom złapał mnie deszcz, którego nie dało się przeczekać – siedziałem ze dwie godziny w przydrożnej świątyni, ale wciąż padało. Do domu miałem jakieś 30 km, więc ruszyłem – po kilometrze byłem totalnie przemoczony, do domu dotarłem siny i z lekkimi dreszczami, a jechałem 30-40 kmh.

Dotarłem do Huay Yang, zjechałem nad morze i od razu poczułem, że to jest dobre miejsce. Co prawda też robi dziwaczne wrażenie – zjeżdża się z drogi i nagle trafia na dziesiątki, setki farangów. W knajpach, sklepach, przy straganach, jeżdżących na skuterach z przyczepami. Po prostu całe stada – też głównie Skandynawowie. Rozumiem, że to high season, ale tak, czy inaczej. Natomiast zupełnie nie ma atmosfery masowego turyzmu – trochę jakby to byli letnicy, którzy tu przyjeżdżają od lat, znają miejsce, miejsce zna ich, business as usual. Intrygujące.

Zacząłem szukać sobie spania – czegoś cichego i na uboczu. Wjechałem w jakieś krzaki, pojeździłem wzdłuż plaży po gruntowych drogach, kilka miejsc mi się zupełnie nie spodobało, więc szukałem dalej. Znowu zaczął padać deszcz i cały mokry trafiłem na coś, co ładnie wyglądało i robiło wrażenie cichego. Nadmorskie wille. Co prawda w takim zamkniętym kompleksie, obok siebie, ale duże, widać, że z naciskiem na spokój i prywatność. Dostałem górne pół willi za 50% ceny z booking.com, najwyraźniej silny baht nie sprzyja wypoczynkowi w tropikach. Szukając szafy odkryłem drewniane schody prowadzące w górę – okazało się, że to górne pół domu, to tak naprawdę 66%, bo mam jeszcze wielki prywatny taras na dachu. Chyba tu zostanę parę dni…

Co ciekawe, dzień się powoli kończy, a tu ciągle pada. Zastanawiam się, czy zimowy monsun sięga tak daleko na północ – w Khanom o tej porze roku jest totalna powódź, deszcze non-stop, zimowa deprecha, drogi zamieniają się w rzeki, bawołom rosną płetwy, lokalsi masowo umierają z przepicia lao khao. Anyway, niespecjalnie mi to przeszkadza – mogę jeździć w deszczu, tylko wolniej. Poza tym nie widziałem deszczu od ponad miesiąca, miła odmiana.

Notabene na mapie wyżej widać trasę, którą chciałem zrobić w Birmie – nadbrzeżna droga przez miejscowość Myeik. Tak coś czuję, że Myanmarowi się nie upiecze… Kusi mnie ta trasa strasznie – może, gdy już zadomowię się w Laosie, wyskoczę na miesięczny urlop do Birmy, za kilkaset USD kupię jakiś stary motor w Mandalay i zjadę nim na sam dół, aż do granicy z TH w Ranongu.

Kilka migawek z dzisiaj:

Leave a Reply