No prawie, ale zasadniczo tak.
We wrześniu 2010 po raz pierwszy pojechałem na dłuższą wyprawę do Azji – od razu na 3 miesięczny trekking w Himalaje Nepalu. I od tamtej pory, niemalże rok w rok (pomijając 2015, gdy wiosną szalałem na skiturach w Tatrach, a jesienią mieszkałem kilka miesięcy w Szwajcarii) jestem przez kilka miesięcy w podróży po Azji.
Jeśli do tych prywatnych wyjazdów dodać te pracowe, to niektóre lata były praktycznie non-stop w drodze. Od kilku lat mam fazę raczej stacjonarną, wolę się przeprowadzić gdzieś w monsunowe tropiki i tu przez kilka miesięcy mieszkać, ale być może właśnie zaczynam nowy etap, etap wypraw motocyklowych. Zobaczymy – ciekaw jestem, czy kolejna dekada będzie pod znakiem dwóch kół właśnie. Bo chodzenie z plecakiem jest fajne, ale siłą rzeczy są pewne ograniczenia, jeśli chodzi o odległość, jaką można pokonać. Plus, przy moim nomadycznym trybie życia, gdzie staram się łączyć pracę z podróżami, jest to na razie nie do zrobienia, ze względu na miejscowe deficyty internetów. Ale to może się zmienić za kilka lat, SpaceX (i 3-4 inne firmy) budują konstelacje małych satelitów, które mają szansę pokryć (prawie) cały glob zasięgiem sieci. Pozostaje kwestia prądu, ale wiele, nawet bardzo (bardzo) odległych wiosek w Himalajach ma swoje niewielkie hydroelektrownie, więc to ograniczenie może nie być aż tak dotkliwe.
Biorąc więc pod uwagę (tymczasowe) ograniczenia, jakie wiążą się z łażeniem z plecakiem po dziczy i niechęć, jaką mam do takiego typowego backpackerstwa (które zresztą uprawiałem w Birmie, Sri Lance, Bangladeszu, czy Iranie), jest szansa, że dłuższe wyprawy motocyklowe będę przeplatał ze stacjonarnymi pobytami w Azji. Nie wiem jeszcze jaki typ motocykla mi się najbardziej spodoba – na 90% będą to dual-sporty (jak moja aktualna Honda CRF) albo przygodowce, ale możliwe, że coś w rodzaju Royal Enfielda Himalayan (bardzo dobra nazwa) nieoczekiwanie mnie zauroczy. Oczywiście można mieć więcej niż jeden motocykl…
W tym roku po raz pierwszy spędzę w Azji ponad 6 miesięcy. W ciągu ostatnich 5 lat ocierałem się o tę wartość, ale nigdy mi się nie udawało. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma – do Polski mam rosnącą awersję, uwielbiam tutejszy klimat, a fakt, że jestem tu gościem powoduje, że systemowe absurdy tak bardzo mnie nie irytują.
Od lutego przyszłego roku planuję być w Laosie i stworzyć tymczasową bazę w Vientiane. Laos jest dziki i ma gigantyczny potencjał, jeśli chodzi o jazdę terenową, więc może to być dobry trening przed (dużo) poważniejszymi wyprawami. Poza tym blisko do Wietnamu, Kambodży, Birmy i masy innych ciekawych miejsc.
Jeśli czegoś żałuję z tej ostatniej dekady (poza, rzecz jasna, faktem, że nie zostałem statystycznym rozpłodowcem, z kochającą rodziną, psem, meblościanką, pracą od 9-17 i kredytem na tojotę jaris), to że nieco znudziła mi się fotografia. Od pewnego czasu mam lekką awersję do aparatu (zresztą do pisania czasem też), a szkoda, bo ucieka mi w ten sposób masa ciekawych rzeczy. Teraz co prawda mam świeżą fazę na nagrywanie filmów, więc może tą drogą uda mi się nieco rozbudzić sentyment do robienia zdjęć. I żałuję może jednej, czy dwóch, nie do końca udanych wypraw – gdybym miał nieco więcej spokoju w głowie i nieco mniej, mówiąc poetycko, napinki, pewne rzeczy udałyby mi się znacznie lepiej.
Oby dobra karma nadal procentowała – marzy mi się jeszcze tak ze 25 lat w drodze, a potem zasłużona emerytura w buddyjskim klasztorze gdzieś w głuszy. Om. Co prawda, realnie rzecz biorąc, katastrofa ekologiczna albo eksplozja autorytaryzmów (zapewne i jedno i drugie) najpewniej pokrzyżują te ambitne plany.
