Dzisiaj dzień pracujący, więc miałem tylko kilka godzin na eksplorowanie okolicy. Ale pojechałem w ciekawe miejsce – na przejście graniczne z Birmą w Dan Singkhon, gdzie jest spory przygraniczny bazar.
Interesująca jest ta część Tajlandii – jest bardzo wąska, zresztą chyba mijałem dzisiaj punkt, który uchodzi za najwęższe miejsce (od granicy do granicy) w Tajlandii. Wystarczy więc odjechać 10-20 km od morza i zaczynają się góry na granicy z Birmą – dosyć charakterystyczne, niewysokie, zalesione, bardzo urocze, ale ja generalnie lubię góry.
Jako że z zasady omijam ostatnio drogi szybkiego ruchu, przeskoczyłem tylko na drugą stronę drogi krajowej numer cztery i dalej jechałem trochę na wyczucie, trochę patrząc na mapę. I tak udało mi się jechać praktycznie na granicy gór, raz nawet zjechałem z asfaltowych dróg i na kilka kilometrów wjechałem w teren. Notabene google maps są do dupy, jeśli stara się omijać główne drogi i wyznaczać własne trasy. Jasne, do jazdy po Bangkoku, czy innych dużych miastach, albo do przejazdu autostradą z punktu A do B z przerwą na siku w makdonaldzie, nadają się nieźle, ale ich tendencja do narzucania pewnych algorytmów jest irytująca.
Przed wjechaniem w interior nie zatankowałem do pełna i na granicę dotarłem z pustym praktycznie bakiem. Założyłem sobie, że musi tam być stacja, ale było to założenie błędne. Pan parkingowy, którego zapytałem o stację, zaprowadził mnie małego sklepu, gdzie od bardzo uroczej pani kupiłem litr benzyny w plastikowej butelce z narzutem ok. 10%. W sumie zawsze chciałem coś takiego zrobić – podczas jazdy w TH wielokrotnie widziałem lokalne stragany z butelkami z benzyną, właśnie nastawione na takich podróżnych jak ja, którym gdzieś w połowie drogi między stacjami kończy się paliwo.
Ponieważ pani sklepowa wzbudzała zaufanie, zostawiłem u niej kask i kurtkę, po czym udałem się na bazar. Sporo rękodzieła, ale nie w stylu, który by mnie interesował. Poza tym meble, koszyki, rośliny – bardzo ładne, ale nie miałbym z nimi co zrobić tutaj.
Potem pojechałem do warsztatu na naciąganie łańcucha (tak, tak, kolejny tysiąc km za nami), ale noworoczna przerwa trwa, warsztaty pozamykane. Jutro spróbuję w innym mieście, kawałek na północ.
A popołudniem robiłem za złoty wzorzec nomadyzmu. Z dwoma laptopami rozłożyłem się na leżaku nad morzem, chroniony przed słońcem przez cyprysy (czy inne lokalne iglaste) i uczciwie dzieliłem czas między pracę i montowanie filmów z jazdy. Chyba zostanę tu z tydzień. ;-)
A Tajlandia bije nowe rekordy (także absurdu, ale to nic nowego) – dwa dni noworocznych wakacji i mamy już ponad 100 zabitych na drogach. Jest szansa, że dobijemy do 500 w ciągu tego tygodnia. Z kolei władze jednej z centralnych prowincji stosują nowatorski sposób na poprawę bezpieczeństwa na drogach promowany hasłem “piłeś? jedź wolno“.
