W niedzielę wróciłem do BKK po eskapadzie na południe i na kilka dni odstawiłem motor, żeby cokolwiek zregenerować głowę. Sam powrót bardzo fajny, wyjechałem znad Mae Khlong nieco przed siódmą i półtorej godziny później byłem już w domu. Udało mi się uniknąć korków, ciężarówek, upału i innych stresujących czynników. Rama IV o tej porze w niedzielę niemal opustoszała, aż czegoś mi brakowało.
Bangkok wchodzi w typową dla początku roku fazę smogową. Co rano nad miastem wisi wielka toksyczna chmura, która do południa zostaje nieco wywiana. Niektóre poranki są naprawdę szkoujące – ze swojego budynku nieopodal Sukhumvit 71 nie widzę budynków przy Ekkamai! Ew. widzę kontury majączące się gdzieś w miazmatach.
Dzisiaj rano wycieczka do immigration w Chaeng Wattana, żeby przedłużyć pobyt o 30 dni. Bardzo sprawnie to poszło, miałem przygotowane wszystkie dokumenty, miła pani IO była niemal troskliwa, powrót po dużym kubku mrożonej kawy niemal demonicznie szybki (jak na taki motor), ale bezpieczny. Mamy z potworem już podświadomą niemal linię komunikacji, pewne rzeczy robię automatycznie, nawet w ciężkich korkach jadę praktycznie bezstresowo… W porównaniu z tym, co działo się ze mną miesiąc temu, jest to niebywały progres.
No właśnie. Potwór wraca jutro do wypożyczalni. W sumie za 3000 USD mógłbym go odkupić, ale trochę się to mija z celem, bo za miesiąc przenoszę się do Vientiane i musiałbym zapłacić jeszcze 40% cła na granicy i przejść przez koszmar rejestrowania go lokalnie. Lepiej więc chwilę odczekać, przeżyć małą żałobę i kupić nowego potwora, jeśli okaże się, że Laos pasuje mi in the long term.
Co prawda potrzebuję na czymś jeździć przez kolejny miesiąc. Zajrzałem do filii Emmy nieopodal i przymierzyłem się do jakiegoś małego niby sportowego motoru – M-Slaz. Dżizas, ależ dziwacznie się na tym siedzi. Nogi gdzieś z tyłu, brzuch na baku, ciężko znaleźć dźwignię sprzęgła… Przejechałem kilkaset metrów, ale to nie jest model dla mnie. Zdecydowanie wolę bardziej wyprostowaną pozycję.
