2020-01-19.

Pojechałem wczoraj na Czatuczaka kupić trochę prezentów. To jest targ weekendowy, więc szczególnie teraz, w sezonie turystycznym, pełen rozszalałych homo sapiens.

Ale załatwiłem, co miałem załatwić, targowałem się jak mały, ale drapieżny, tygrys i przyniosło to efekty. Ponieważ nie chciało mi się na skucie jechać przez całe miasto, podjechałem tylko do BTSa i dalej ruszyłem klimatyzowanym pociągiem. I to była dobra decyzja – strasznie dawno już nie jechałem skytrainem, a to jest bardzo dobry sposób, żeby popatrzeć na spory kawałek Bangkoku z lotu ptaka (takiego niemrawego ptaka, co nie lata zbyt wysoko).

Uderzyła mnie masa złych, skrzywionych, spoconych białych twarzy na tym targu… Jednak turyzm to jest koszmar – ląduje się w tym gigantycznym Bangkoku bez praktycznie żadnej znajomości miasta, upał, chaos, spaliny, dziwaczny język i alfabet, przepaść kulturowa, double pricing i do tego jeszcze gonitwa po zatłoczonych “atrakcjach”. Też bym się wściekał. Sam, w lekkim pomedytacyjnym bliss, z focusem na tu i teraz, płynąłem jakieś 5 centymetrów ponad chodnikami w całym tym chaosie. Om.

Dzisiaj z kolei od rana siłownia, a potem chill out w łaźni parowej. Większość budynków mieszkalnych w Bangkoku ma siłownię, basen i saunę. Czasem bardzo podstawowe, czasem bardziej rozbudowane, ale zwykle bardzo czyste i funkcjonalne. Bardzo jest to wygodne – wystarczy wsiąść do windy, zjechać kilka pięter i gotowe.

Potem popytałem trochę o różne sprawy na laotańskich grupach dyskusyjnych i chyba już mam lokum na pierwsze miesiące w Vientiane. Do zweryfikowania na miejscu, za trzy tygodnie, ale zapowiada się dobrze.

I tak oto kolejne kawałki nowej nomadycznej układanki wskakują na swoje miejsca.

Leave a Reply