Dwa dni temu, w niedzielę, na dłużej pożegnałem się z Tajlandią. Nawet jeśli nie spodoba mi się w Laosie na dłuższą metę, to do TH zajrzę raczej przejazdem. Dużo się tam zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat, zdecydowanie na niekorzyść, o czym zresztą pisałem już wcześniej.
Samolot do VTE miałem o 0900 rano, co oznaczało koszmarnie wczesne wstawanie. Nie pamiętam już skąd pomysł, żeby lecieć tak wcześnie – samoloty są cały dzień, kosztują praktycznie tyle samo. Chyba miałem plan coś pozałatwiać popołudniem (i w sumie to się udało).
Nie wiedzieć czemu, ale strasznie się stresowałem całą zmianą. Chyba o wiele bardziej niż zeszłorocznymi przenosinami na Penang. Może to stąd, że mam teraz sporo pracy projektowej i wszystko to się nakłada na siebie. Dopiero dzisiaj, gdy udało mi się podopinać kwestie mieszkania, motocykla i wstępnie oswoić miasto, poczułem się w miarę normalnie.
Podróż do VTE w klimatach post-apokaliptycznych. Lotnisko w Bangkoku opustoszałe, samolot w 2/3 pusty, lotnisko w Wientianie wymarłe. Trochę jak lokalne lotniska w Tajlandii (np. bliskie mi ze względu na Khanom lotnisko w Nakhon Si Thammarat) poza sezonem, tylko że teraz to głównie wirusowa panika. Sam nie panikuję i ku wyraźnej irytacji obsługi na pokładzie nawet nie założyłem jednej z maseczek, rozdawanych pasażerom. Z wypowiedzi ludzi, którzy mają pojęcie o medycynie lotniczej, wynika, że w samolocie raczej ciężko się zarazić (chyba, że dopadną nas psie atawizmy i zaczniemy łazić po samolocie na czworakach liżąc podłokietniki – ale w takim wypadku koronawirus to nasz najmniejszy problem).
No, ale doleciałem, dostałem wizę on arrival, wymieniłem pieniądze (trzeba wypełniać osobny formularz dla każdej z wymienianych walut – dżizas), po czym zamówiłem Locę do hotelu. Loca to jedyny klon Ubera w Laosie – rzecz wygodna, ale strasznie droga. Jak praktycznie wszystko, ale o tym za chwilę.
Popołudniem pojechałem obejrzeć pierwsze mieszkanie i właściwie od razu wiedziałem, że to jest to, czego szukam na początek. Może nie za duże (ok. 50m, więc po 75m, które miałem w BKK wydaje się nieco ciasnawe), ale za to bardzo przytulne i super ciche. I z dobrym łączem. Ping i jitter lepsze niż mam w Warszawie, a Laos nie słynie przecież z dobrego internetu. Do tego ładny widok na dachy i lokalną zieleń – dokładnie tak, jak wyobrażam sobie widok z okna w VTE.
Wieczorem zajrzałem na promenadę nad rzeką. Masa straganów ze wszystkim, strasznie głośno, dużo knajp. Zjadłem kwaśną zupę z rybich głów – rewelacja. Wrażenia ze spaceru: lokalne dziewczyny są naprawdę urocze. Super drobne, bardzo delikatne i zdecydowanie ciekawskie.
W poniedziałek rano zajrzałem do warsztatu niejakiego Fuarka, gościa, który specjalizuje się w off-roadowych motorach. Ma ich kilkadziesiąt i jest lokalną instytucją. Nawet znaleźliśmy ładną Hondę dla mnie, ale 700 USD miesięcznie, 2x więcej niż w TH, to raczej kiepski deal za taki motor, szczególnie, że na razie jeździłbym tylko weekendowo.
W ogóle widać gigantyczne rozwarstwienie, jeśli chodzi o dochody i dwa różne światy, jeśli chodzi o ceny. Niby jest to jeden z najuboższych krajów na świecie, ale ceny są często wyższe w Bangkoku – szczególnie wynajmu mieszkań. Jest tu cały rynek nastawiony na pracowników NGOsów, filii zagranicznych firm etc., gdzie ceny są zachodnie. Podobnie ma się kwestia z wszelkimi produktami i usługami, które uchodzą tutaj za luksusowe (np. właśnie terenowe motocykle). Z drugiej strony, jeśli zna się nieco języka i omija kanały nastawione na cudzoziemców (e.g. agentów nieruchomości etc.), można normalnie funkcjonować tutaj za bardzo niewielkie pieniądze. Tylko trzeba umiejętnie balansować między tymi dwa światami. Przede mną jeszcze sporo nauki, ale pierwsze kroki całkiem udane. Grupy dyskusyjne na FB to jednak bezcenne źródło informacji.
Zajrzałem jeszcze w kilka miejsc w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłbym jeździć, ale niczego nie znalazłem i zakończyłem dzień nieco rozczarowany. Bez motocykla albo skutera ciężko funkcjonować nawet w tak małym mieście jak Vientiane.
No właśnie, Vientiane to nawet nie tyle miasto, co konglomerat wiosek. Jest szeroko pojęte centrum, są obsadzone drzewami promenady (bardzo przypominające Ho Chi Minh City, widać kolonialne wpływy francuskie), ale wystarczy zjechać w boczną uliczkę i kończy się asfalt, zaczyna gruntowa droga i klimat jak z małej wioski w Nepalu (czy gdziekolwiek w południowej, czy południowo-wschodniej Azji). Krówki, kurki, matula, pieski. Na swój sposób jest to relaksujące – nie czuć takiego pędu jak mieście, jest zupełnie inna aura. Ale to dotyczy chyba całego kraju, tutaj mało kto się spieszy.
Dzisiaj rano z kolei mały sukces. Wysłał mi wiadomość jeden z ludzi od skuterów – ktoś oddał automat Suzuki w całkiem niezłym stanie. Cena też bardziej tajska, więc nie zastanawiając się zbyt długo, wziąłem skuta na miesiąc. Potem wizyta na suburbiach, u bardzo miłej Koreanki, która wynajmuje mieszkania expatom. Mieszkania ładne, ale na przedmieściach VTE psy nawet nie tyle szczekają nie tą stroną, co zwykle, co jeszcze chyba nawet nie wyewoluowały z jednokomórkowców. Too far.
Posiadanie własnego transportu zupełnie zmienia perspektywę i możliwości. Po zmroku pojechałem na wycieczkę wzdłuż Mekongu i nieco oswoić miasto. Bardzo jest to piękna rzeka – jestem niesamowicie ciekaw jak zmieni się w porze deszczowej, bo teraz, także ze względu na niekontrolowaną budowę tam przez laotański rząd, jest na rekordowo niskimi poziomie. Ale to temat na inny post – kolejna historia o tym, jak chciwość i krótkowzroczność zwycięża nad rozsądkiem, sustainability, ochroną ekosystemów i społeczności.
