2020-03-30.

Laos nieco zaostrza dyscyplinę okołowirusową, ale w stylu azjatyckim. Urzędnicy mają pracować z domu aż do pbii mai (nowy rok, gdzieś w połowie kwietnia) oraz trakcie jego obchodów, część sklepów będzie zamknięta, ale bazary, czy sklepy sieci handlowych (Big C na przykład) działają normalnie. Podobnie banki oraz kawiarnie i restauracje (te ostatnie być może tylko na wynos). Należy ograniczyć przemieszczanie się, ale do banku albo kawiarni pojechać będzie można.

Co wieczór jeżdżę po mieście i jak na razie rogatek z sołdatami wyposażonymi w automaty, skrupulatnie legitymujących każdego nie zaobserwowałem.

Jest natomiast mała paranoja maskowa, do niektórych sklepów nie da się wejść bez czegoś zasłaniającego twarz. No to wchodzę w kasku, LOL.

W ogóle to od niedawna mam swoją tajną miejscówkę nad Mekongiem, gdzie jeżdżę posiedzieć wieczorami. Dwa kroki od miejsca, gdzie ostatnio złapał mnie deszcz. Cicho, ciemno, pluskają ryby, słychać cykady i okazjonalnego gekona. Szumi wielki banyan. Totalny spokój, jeśli nie liczyć lokalsów regularnie imprezujących kilkaset metrów dalej. Widać światła z tajskiego brzegu. Rzeka jest teraz tak spokojna, że pewnie bez większych problemów dałoby się przepłynąć na drugą stronę. Albo takie robi wrażenie.

Pod brzeg podpływają sumy, raki, małe rybki, które obserwuję w świetle czołówki. Nawet kusiło mnie wczoraj, żeby suma złapać, bo wydawał się totalnie w zasięgu ręki, ale nie miałem jak przewieźć. Plus najpewniej skończyłbym w wodzie, całkiem bez suma.

Dzisiaj spotkałem tam całą brygadę młodzieży, która w maskach do nurkowania, z wodoodpornymi latarkami i małymi kuszami skrupulatnie przeczesywała przybrzeżny nurt w poszukiwaniu ryby. I dwa kroki ode mnie złapali coś sporego, zaplątanego w sieci. Miało wąsy jak sum, ale inny kształt ciała, więc może coś leszczowatego. Towarzyszył im bardzo, ale to bardzo mały, czarny kot, który, jak to koty, od razu mnie polubił.

Może zaopatrzę się w wędkę albo mały podbierak i wiadro. Będę miał nowe hobby na czas kryzysu. Wyzwanie? Co zrobić ze złapaną już żywą rybą. Przecież jej własnoręcznie nie ubiję… Opcją są panie rybiarki z bazaru obok domu. Za niewielką opłatą pewnie zgodziłyby się dokonać transformacji ryby w filety.

Zasadniczo, moja koncepcja border-straddling Miro napotkała na przejściowe trudności, co mnie nieco frustruje. Laos jest super bazą, bardzo już lubię lokalsów, coraz lepiej radzę sobie z językiem, natomiast brakuje mi tej swobody w przeskakiwaniu przez granice – a to do Tajlandii, a to do Wietnamu, na weekend do Cambo, na miesiąc do Birmy…

Oczywiście izolacja i zamknięcie granic to rozwiązanie – mam nadzieję – tymczasowe, więc albo znajdzie się lekarstwo albo trzeba będzie postawić na herd immunity, kosztem pewnych strat w ludziach. Osobiście chętnie dałbym się zarazić w kontrolowanych warunkach i mieć to za sobą, one way or another (choć, biorąc pod uwagę jak bardzo Tajlandia i Laos paliły się do testowania i zamykania granic, są pewne szanse, że mam to już za sobą). Post factum wytatuowany numer na przedramieniu (ew. mikroczip pod skórę) i voila, świat stoi otworem. Nie widzę najmniejszego sensu w rujnowaniu gospodarek i narażaniu większości na lata ubóstwa, cierpienia i wyrzeczeń, by ratować i tak już schorowaną mniejszość. I tak jak pisałem wyżej – happy to go first.

Leave a Reply