Wientiane powoli budzi się do życia. Co prawda oficjalny lockdown ma trwać do 3 maja, ale już teraz widać coraz więcej osób bez masek, otwierają się małe sklepy, wszystko odrobinę odżywa. Wieczorami wciąż panuje nieco oniryczny klimat miasta, które mieszkańcy w pewnym momencie postanowili porzucić i poszukać sobie nowego i lepszego miejsca do życia. Stanowi to znakomite tło do małych wycieczek na motorze.
Rozglądam się za domem. Zrobił się ze mnie prawdziwie kapitalistyczny rekinek rynku nieruchomości, negocjuję bezlitośnie i z poczuciem misji, jaką jest mała normalizacja na lokalnym rynku nieruchomości. Ponieważ rynek ten jest dosyć mały (szczególnie jego cześć skierowana do cudzoziemców), określone opinie rozpowszechniają się bardzo szybko i trafiają do właścicieli domów, które często całymi latami stoją puste.
Z jednej strony trochę mi szkoda będzie porzucać aktualne lokum, bo niczego mi tu nie brakuje, a jeśli jest jakiś problem, to anglojęzyczny landlord rozwiązuje go od ręki. Z domem wynajmowanym od lokalsów może być nieco trudniej, ale też ma się więcej prywatności, więcej przestrzeni i generalnie poczucie pełnej samodzielności.
Poluję na dom nad Mekongiem albo w jego bezpośredniej bliskości. W stylu laotańskim, piętrowy. Dzisiaj na przykład widziałem całkiem ładny dom z takim widokiem z werandy:
Zasadniczo idealnie, ale dom do małego remontu, plus nieco nieprzemyślany w środku. Za to na dole praktycznie osobne mieszkanie, które niewielkim nakładem kosztów (ponoszonych głównie przez właściciela), mógłbym przerobić na coś nadającego się na airbnb.
To z kolei dom, który super wygląda i ma duszę. Dolna część z kuchnią taka sobie, ale na górze chciałem już zostać. I jakieś zaczątki ogrodu, 50 metrów do rzeki.
Ten dokładnie na odwrót. Fajny z zewnątrz, ale w środku martwy.
Tak więc ciężkie decyzje przede mną, ale mam ochotę nieco wyjść ze strefy komfortu i spróbować wejść na kolejny poziom laotańskiego wtajemniczenia.



