No i dokonało się (prawie). We wtorek podpisuję umowę, a w drugi weekend maja przeprowadzam się do nowego domu.
Po pierwszej wizycie miałem jeszcze wątpliwości, natomiast po drugiej, gdy dom był już wysprzątany, pootwierane okna, praktycznie żadnych. Masa światła i dużo otwartej przestrzeni, bardzo cicho i dwa kroki (75 metrów jakieś) do rzeki. Ogród co prawda wymaga pracy, ale to nawet dobrze, już mam w planach sadzenie bambusa i hodowlę bambusowych gajów oraz inne eksperymenty z lokalną roślinnością (eksperymenty w rodzaju posadź, podlej i zapomnij – od maja będzie tu miesięcznie padać ok. 300mm deszczu, średnio centymetr dziennie, więc roślinom śmierć z pragnienia raczej nie powinna grozić). Plus będę miał miejsce na dłubaninę przy motorze (tak, tak, powoli się oswajam, wiem już na przykład do czego służy karburator i jak go wyczyścić!)
Jedyna poważna wada, z którą niewiele mogę zrobić, to okropny, niewykończony płot z szarego pustaka. Od środka pewnie pozasłaniam go roślinami, od zewnątrz może pomaluję, ale pewnie zostanie taki, jaki jest. Poczytałem nieco o malowaniu betonu i chyba nie będzie mi się chciało czyścić, kłaść tych różnych warstw etc. Ew. spróbuję zatrudnić lokalsów. Siła robocza jest tu tania, może się okazać, że za jakąś małą dniówkę plus koszty farby będę miał bielutki płot.
Wychodzi też na to, że dom będzie mnie kosztował niewiele więcej niż aktualne mieszkanie – kilka tygodni szukania, lepsze rozeznanie w rynku i trochę negocjacji robią swoje. Jasne, dojdą dodatkowe koszty – sprzątanie, ogrodnik raz na miesiąc (chyba, że sam zacznę kosić i przycinać), inwestycje w ogród, opłaty w rodzaju wody albo wywozu śmieci, ale biorąc pod uwagę korzyści, bilans zdecydowanie na plus.
Z kolei motor pojechał dzisiaj na pierwszy poważniejszy przegląd. Ostatnio nieco kaprysił, gasł na biegu neutralnym, miał problemy ze startem… Trochę się bałem, że to coś poważnego, ale wychodzi na to, że takie motocykle nie są dramatycznie skomplikowane. Zwykle trzeba coś rozebrać, wyczyścić, nasmarować i złożyć do kupy. Tak też było tym razem – wspomniany wyżej karburator, który ostatni raz czyszczony był pewnie gdzieś w czasach, gdy okolice wizytował Marco Polo, został rozebrany na części pierwsze i dokładnie wyczyszczony. Motor startuje od strzału, silnik pracuje równiutko, mrucząc jak tygrys, wydech nie strzela (czego mi nieco brakuje, bo to było całkiem urocze). Motong dostał też nowy olej oraz zbadano mu akumulator. Czuję jakbym miał nową Hondę – za całe 20 USD.

