2020-05-28.

Myślę, że wreszcie nadszedł moment, na który czekałem od dawna – zaczyna się monsun. To jest absolutnie wspaniała część roku, szczególnie po kilku tygodniach koszmarnych upałów. Temperatury spadły do ok. 30-33 stopni, regularnie pada, zwykle jest pochmurno, zieleń zaczyna być coraz bardziej soczysta, jest mniej kurzu, rzeki się podnoszą, wszystko wygląda lepiej. Windy pokazuje taki stan rzeczy przez najbliższe 10 dni, więc jest szansa, że tak już zostanie aż do jesieni, kiedy to zrobi się jeszcze chłodniej, ale za to bardziej sucho.

Nie wiem, czy to już zdziadzienie, czy moja zwyczajowa obsesja monsunowa, ale wykupiłem nawet abonament na windy, żeby móc śledzić prognozy godzinowe.

Małe gekony chyba czują, co jest na rzeczy, bo co wieczór odprawiają mi nad głową tańce godowe, wchodząc w dziwaczne rozedrganie, rytmicznie zamiatając przy tym ogonami. Duże gekony do środka zapuszczają się rzadziej, ale też bywają – ostatnio w środku dnia nawiedziła mnie młoda osobniczka (mam nieodparte wrażenie, że to była samica). Chciałem zrobić z nią kolejny film, który podbije jutuba, ale była bardzo płochliwa. No właśnie, kolejny film, bo film, na którym trącam gekonka w ogonek, zebrał w ostatnich tygodniach ponad ćwierć miliona wyświetleń. Ki diabeu?

Poniżej kilka zdjęć domu i zaczątków ogrodu.

Dom wygląda coraz lepiej. A właściwie wygląda tak samo, ale mózg się oswaja z pewnymi brakami i przestaje się je zauważać. W cieniu werandy widać moje dwukołowe maleństwo. Mamy na koncie już ponad 1000 km, co jest wynikiem miernym jak na 2,5 miesiąca, ale pozwalającym dobrze wyczuć motor i się z nim oswoić.

To drzewo po prawej stronie to Sapodilla, którą po polsku ktoś nazwał Pigwica właściwa. Pigwica?! Poważnie? Takie rzeczy tylko w rzplitej burackiej.

Sapodilla ma smaczne, słodkie owoce, które czasem zrywam rano przy użyciu czegoś, co wygląda jak siatka na motyle na bardzo długim kiju, i wkrajam do owsianki z mlekiem sojowym.

Ogród, jak widać, jest niezagospodarowany. Mam jakieś palmy, kolejną sapodillę, malutkie mango (za 10 lat będzie ładne), starą łódź przerobioną na donicę, sporo bardzo konkretnej, lokalnej trawy i równie dużo chwastów. Pięć sadzonek morwy na razie siedzi w worku z ziemią i chyba im tam dobrze.

Tak wyglądają owoce Sapodilli w zbliżeniu.

Od sąsiada, przez płot, zagląda do mnie bananowiec. Gdzieś wyżej, wśród liści kryją się nawet owoce.

A niżej są urocze kwiatostany. De facto jadalne, do kupienia na lokalnym bazarze.

Młode mango.

Młode mango, również od sąsiada. Bardzo złe zdjęcie, które zmienię w najbliższych dniach.

Zasadniczo, dom jest wspaniały. Tak nieco przy okazji udało mi się zrealizować swój plan, który co prawda częściowo realizowałem w Khanom, ale to nie było do końca to samo. Plan na “własny” dom w tropikach, z ogrodem, plan na stabilną sytuację wizową, pozwolenie na pracę i generalnie zostanie (tymczasowym na razie) rezydentem w jednym z monsunowych krajów. Długo myślałem, że to jednak będzie Tajlandia, ale teraz, z perspektywy prawie 4 miesięcy w Laosie, cieszę, że jednak nie.

Laos jest trochę jak Nepal (i pewnie cała masa innych rozwijających się krajów), zamknięty w swojej bańce i opierający się poważniejszym zmianom. Jasne, nie jest to Bhutan, zmiany – dobre i złe – docierają tutaj całkiem szybko i jest ryzyko, że chińska ekspansja sporo zacznie zmieniać od przyszłego roku. Wtedy to otworzy się pierwsza w kraju linia kolejowa, łącząca Chiny z Tajlandią i dalej, aż z gigantycznym portem w Singapurze. Część ekspatów przewiduje totalną chińską inwazję, ja nie jestem przekonany do tego scenariusza.

Leave a Reply