I tak w jednym kawałku wróciłem w zeszłą niedzielę do VTE po zrobieniu pełnej pętli Thakhek. Notabene, jak zwykle, w pewnej chwili przestało mi się chcieć pisać relację, ale postaram się dokończyć wkrótce. ;-) Przed śmiercią ze starości w każdym razie.
Wracałem w deszczu i skończyło się to przeziębieniem (podejrzewam, że stresy związane z jazdą po laotańskich drogach też zrobiły swoje, bo nie najlepiej sypiałem w trakcie podróży), ale raczej nie był to kowidek, więc w miarę szybko doszedłem do siebie.
Domu nikt nie obrabował, a po powrocie nawet zbiegli się lokalni sąsiedzi wypytać gdzie byłem. Byli pod wrażeniem, że samopas pokonałem taki dystans.
Morwy żyją i moje pieszczenie się z nimi chyba jest nieco na wyrost.
Zasadniczo jestem z wycieczki zadowolony, ale dwa dni, które planowałem przeznaczyć na totalny relaks w jakimś relatywnie wyrafinowanym ośrodku nad tropikalną górską rzeką, spędziłem w warsztacie, wąchając smar, użerając się z mechanikami i stresując się powrotem, co nie było fajne.
Znalazłem też w VTE nowego mechanika. Dotychczasowy, Fuark, mimo że bardzo mu ufałem, jest jednak tępym kmiotem, oleandrem i wsiowym głupkiem. Bardzo mi przykro.
Nowy mechanik jest Australijczykiem totalnie zafascynowanym motorami, z gigantyczną wiedzą i naprawdę dobrze komunikującym się. Wiem już więc, co z motorem trzeba zrobić po zalaniu wodą (wygląda na to, że skończy się na wymianie uszczelek w silniku, co w porównaniu z kosztem nowego tłoka, albo wręcz cylindra, czego się obawiałem, jest relatywnie tanią operacją). Wiem też już na czym stoję, jeśli chodzi o ogólny stan motocykla – zasadniczo był to dobry zakup, nawet jeśli dopiero po 3 miesiącach udało mi się znaleźć osobę, która powiedziała wprost, co trzeba wymienić i odpowiednio go wyregulowała. Lokalna filozofia pt. dokręcić na maksa, pierdolnąć młotkiem, uszczelnić silikonem, a jak nie pali, to dać więcej benzyny do mieszanki, jednak nie jest najlepsza w sytuacji, gdy mamy do czynienia z silnikami, które potrafią pracować dekadami, jeśli tylko o nie zadbać.
XRka zyskała też nowe upierzenie – wygląda teraz (prawie) jak z fabryki. Czarne plastiki z kiczowzorkiem poszły precz.
Aha, i zjadłem dzisiaj pierwszą żabę w tym roku. De facto cztery żaby. Bardzo były smakowite.

