Jesień, o której pisałem w poprzednim poście okazała się wcale nie taka przejściowa. Sierpień to szczyt pory deszczowej tutaj, najbardziej mokry miesiąc w roku. Czerwiec i lipiec, które zwyczajowo też są mokre, w tym roku były całkiem pogodne, co uśpiło moją czujność.
Tymczasem monsun czaił się gdzieś w tle i ostatecznie się rozszalał. Mekong przybiera więc z każdym dniem, w północnych prowincjach mamy powodzie i obrazki jaki niżej:
https://www.facebook.com/laotiantimes/videos/pcb.3297298616982744/2642787172662982
Dzisiaj poszedłem nawet na deszczowy spacer nad rzeką – Wientianowi powódź na razie nie grozi.
Kilka dni temu rocznica – pół roku w Laosie, non-stop. Bardzo udane pół roku, jeśli nie liczyć paru drobnych spraw, które co prawda można zaliczyć do przygód albo kolorytu lokalnego. Totalnie oswoiłem się z domem, na lokalnym bazarze jestem już postacią znaną i powszechnie szanowaną. ;-) Mam swoje ulubione panie straganiarki, od których co kilka dni kupuję torby świeżych warzyw, grzyby, przyprawy, różne suszone rzeczy, owoce… Gotując samemu i jedząc głównie roślinnie, wydaję na jedzenie jakieś 15-20 USD tygodniowo, co jest bardzo przyjazną kwotą. Nie rozumiem expatów narzekających na drogi Laos. ;-)
Za zachodnią granicą coraz ciekawiej. Studenckie protesty przybierają na sile, bardzo się boję, że może się to skończyć kolejną masakrą – Tajlandia ma kilka takich niechlubnych epizodów w swojej współczesnej historii. Poza tym coraz większy kryzys, przemysł turystyczny w totalnej zapaści, lokalna biurokracja nie ma zielonego pojęcia jak podejść do sprawy i wymyśla coraz to genialniejsze sposoby na zachęcenie turystów do przyjazdu. Na przykład: przylot do BKK, ale tylko Thai Airways (która to linia właśnie bankrutuje i od lat jest bardzo mało konkurencyjna cenowo), test na kowidka, przelot na izolowaną od świata wyspę Koh Samui bez wychodzenia z lotniska, kolejny test, 14 dni kwarantanny w hotelu i wreszcie łaskawe wypuszczenie delikwenta na wolność, ale tylko ze specjalną opaską na ręku. Urlop marzenie! Do tego za kwarantannę w hotelu należy zapłacić z własnej kieszeni, ok. 5000 złotych. Już widzę te hordy walące drzwiami i oknami… Ostatni kwartał br. będzie dla Tajlandii bardzo bolesny.
Za to w Laosie to pojawiają się pomysły na otwarcie granic z Wietnamem. Co prawda na razie trzeba opanować kowidka w Da Nang, ale jeżeli to się uda, jest szansa na lokalny travel bubble. Nie ukrywam, że tydzień-dwa w Sajgonie albo Hanoi dobrze by mi zrobiły.
Poza tym jesień zapowiada się super. Najchłodniejszy okres w roku, wstępnie zaplanowałem już jakieś 5 tygodni urlopu, w zależności od poziomu motywacji być może uda mi się zrobić spokojny objazd dzikiego północnego Laosu na motongu.
