Deszcze odpuściły na kilka dni, i całe szczęście, bo zacząłem łapać monsunowego bluesa. Nie da się nigdzie polecieć (ani tym bardziej pojechać, bo błoto po pas i ciągle pada), miasto mokre i ciągle pada, wszystko wilgotne, lepkie i ciągle pada, nic tylko siedzieć w domu i oglądać seriale. Do tego w pracy sezon wakacyjny i nic się nie dzieje. Doprawdy.
No, ale dzisiaj rano, korzystając ze słonecznej pogody, zajrzał do mnie lokalny robotnik z kosiarką. Pokazałem mu ogród (de facto pokazałem mu rozbuchaną, nie tkniętą od 3 miesięcy dżunglę, do której bał się wejść nawet w kaloszach, bo mam wokół domu totalne jaszczurowisko – chłop myślał, że to węże) i powiedziałem – działaj. Długo się zastanawiał, drapał po głowie, w końcu podjął się zadania za ok. 20 USD. Pewnie nieco przepłaciłem, ale z drugiej strony roboty była masa, a kilka USD ponad normę to dla mnie nic, a sytuacja na laotańskim rynku pracy nie jest zbyt różowa.
Po jakimś czasie zaniosłem mu do ogrodu dzbanek z wodą i szklankę – podziękował, ale coś tak mało entuzjastycznie. Jakiś czas potem poprosił o zaliczkę na benzynę do kosiarki. Okazało się, że zakupił też benzynę dla siebie – kilka puszek Beerlao, które następnie w pełnym słońcu konsumował w przerwach od koszenia (jednak pewne rzeczy są absolutnie uniwersalne). W pewnym momencie się przewrócił, stłukł kolano na jakimś kamieniu, a następnie próbował wydębić dodatkowe 50k LAK (ok. 5 USD) na wizytę w szpitalu, LOL. Nie zgodziłem się, ale posmarowałem mu kolano maścią antybiotykową i zakleiłem plastrem. Nie, żeby to w jakikolwiek sposób pomogło, ale nikt mi teraz nie powie, że nie dbam o pracowników, ha ha.
Jako że jutro ciąg dalszy robót – grabienie (!) i wycinanie suchych liści z bananowców – cały sprzęt został u mnie na ganku. Spędziłem więc popołudnie szalejąc z maczetą i wycinając różne chwasty, które przez ostatnie miesiące zamieniły się w małe drzewa.
Poza tym mam drugi motor. Lokalnego klona Hondy Grom: motor malutki, super zwrotny i zasadniczo mega słodki. I kupiłem go praktycznie nowy za bardzo dobrą ceną – od starszego expaty, Niemca (poważnie), który zaraz po zakupie zdecydował się na skuter elektryczny, więc Groma zaparkował, przykrył plandeką i zapomniał o nim na kilka miesięcy. Zrobię maszynie kilka zdjęć gdy wróci od mechanika – nowy motor trzeba nasmarować i wyregulować, do tego ma elektroniczny limiter obrotów i nie rozpędza się tak, jak bym chciał. Jest szansa, że mechanik usunie limiter i będę miał małego potworka. Plus taki mały motor można za niewielkie pieniądze modyfikować, więc mam już w głowie cały szereg koncepcji.
Notabene, lokalne klony Hondy robi firma Kolao. Jest to joint venture koreańsko-latotański, który robi całkiem niezłe małe motory i skutery za bardzo przystępną ceną. Plus mają bardzo dobry serwis. I fascynujące promocje – ostatnio na 20-lecie była promocja buy one, get one free. Niestety nie załapałem się, bo to było chwilkę przed moim zakorzenieniem w Laosie.
