Dzisiaj nieco szalony dzień, jako że o 1200 miałem samolot, a dwie godziny wcześniej oddawałem dom landlady. Nieco stresujące, ale wszystko poszło super gładko. Najwyraźniej jeśli dom stoi i nie sprawia wrażenia jak by miał się za chwile zawalić, to jest to stan w zupełności wystarczający do tego by zakończyć najem.
Potem Loca na lotnisko i 2h oczekiwania na lot. Jak zwykle z dużym zapasem czasu, co na większych lotniskach nie jest problemem, bo można się zaszyć w saloniku, natomiast tutaj nie bardzo jest co robić.
W LP z lotniska odebrała mnie Anong – landlady i nowa przyjaciółka, z którą spędzam masę czasu ostatnio, głównie będąc karmiony rozmaitymi lokalnymi potrawami. W domu czekały już pudła i motory. Lokalny zwyczaj jest taki, że motory na noc wprowadza się do środka, więc moje nowe lokum wygląda trochę jak hipsterski loft z filmu z lat 80-tych.
Teraz kilka dni wyciszenia, bo ostatni tydzień był mocno stresujący. A jak już dojdę do siebie, pogonię Czerwonego Potwora w pobliskie wzgórza.

