2020-11-16.

Znowu nie chce mi się pisać, głównie dlatego, że życie w LPB jest niezwykle wygodne, co sprzyja ogólnemu wyciszeniu i, niestety, też pewnemu rozleniwieniu.

Ale, żeby nie było, regularnie eksploruję okolice na Potworze – “odkrywamy” miejsca, których nie ma na mapach (i to takich nieco lepszych mapach, nie kaprawych google mapsach), przeprawiamy się przez góry i rzeki (moje ulubione zajęcie) oraz regularnie straszymy lokalsów. Nie wiedzieć czemu, ubrany na czarno farang na dużym czerwonym motorze, który znienacka pojawia się w zagubionej we wzgórzach wiosce, wywołuje u części ludności lekki niepokój – może boją się, że wiozę im wirusa.

Honda sprawuje się nader dobrze (odpukać) i praca włożona latem w regenerację silnika daje owoce. W tym roku zrobiliśmy już 3,5k km, co może nie jest wynikiem oszałamiającym, ale jeśli dodać do tego 4k na CRFce w Tajlandii i pewnie z 1k na mniejszych dwukołowcach, to rok do roku zbliżam się do 10k. Jak na pierwszy rok regularnej jady – OK. Plus nawet nie tyle chodzi o kilometry, co o sumę doświadczeń, która stopniowo pęcznieje. Gdy przypomnę sobie siebie z grudnia zeszłego roku, kiedy robiłem pierwsze kilometry na CRFce, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że progres jest znaczny. Oczywiście sky is the limit i mam nadzieję, że przede mną jeszcze dziesiątki lat nauki (i dziesiątki motorów).

Przeprawy przez brody, o których wspomniałem wyżej, to na tak wysokim motorze niesamowita przyjemność. Tydzień temu – dwukrotnie – przejechałem przez rzekę, która miała z 60 cm głębokości. Motor powinien wytrzymać jeszcze ze 20 cm, potem woda zacznie wlewać się do wydechu (chyba, że wcześniej puszczą uszczelki) i zaczną się problemy. Zaczyna mi poważnie brakować wysokich butów do enduro, bo to, w czym teraz jeżdżę, to marny substytut.

Poza tym sporą część poprzedniego tygodnia i ostatni weekend musiałem spisać na straty, bo koszmarnie zatrułem się larb, czyli siekaną rybą, lokalnym przysmakiem, którym nakarmiła mnie przyjaciółka. W czwartek byłem w w takim stanie, że w środku dnia, trzęsąc się z wyczerpania, wlazłem pod kołdrę i spałem przez większość dnia. W piątek było nieco lepiej, ale bakcyle dalej nie odpuszczały. Nie wiedzieć czemu – chyba z wyczerpania nie do końca kontaktowałem – dopiero w sobotę powlokłem się do apteki po ciprofloxacin, antybiotyk, który z powodzeniem stosowałem w takich sytuacjach w Birmie i Nepalu. Wystarczyło kilka h, żeby sprawy wróciły do normy – fakt, że ostatnio ciągle jestem w zasięgu apteki (a nawet szpitala), powoduje, że niespecjalnie dbam o wyposażenie podróżnej apteczki, co zasadniczo jest błędem.

Dzisiaj postanowiłem nieco nadrobić stracony weekend i przed południem zrobiłem 70 km pętle polnymi drogami. W pewnej wiosce trafiłem na niemal całkowicie wyludnioną przystań z małymi promami i na drugą stronę Mekongu przeprawił mnie i Potwora na oko 12-letni chłopak. Mimo młodego wieku z promem radził sobie znakomicie i dopłynęliśmy w jednym kawałku. Cały prom do naszej dyspozycji, jak widać na załączonym obrazku. Koszt przeprawy – 1 USD.

Mekong. Potwór na promie.

Leave a Reply